Sciemniacz !!

Blog polityczno - społeczno - oniryczny

Wpisy z okresu: 2.2005

Kino domowe

2 komentarzy

Filmy dzielą się na dobre, i te które można obejrzeć bez żalu na kinie domowym.

Tak jak nie wyobrażam sobie ogladania „Misji”, czy „Władcy pierścieni” na ekraniku o wielkości porównywalnej z długością ramienia mojej babci, tak samo dla mnie zupełną stratą pieniędzy jest kinowy seans „Króla Artura”, czy „Legalnej blondynki” ;) Abstrachując od tego że wybór jest czysto subiektywny, podział taki istnieje u każdego z nas.
Zdażyło mi się widzieć kilka osób które w połowie seansu „Aleksandra” wstały, z sali kina wyszły i nie powróciły, i zdażało mi się „przeklikać” na komputerze film, którego tytuł zapomniałem po wyjęciu płyty z napędu.

Natomiast ludzie chyba dzielą się na takich, którzy chodzą do kina kiedy mają na to ochotę, na jakiś interesujący seans, po którym, i o którym można sobie póżniej podyskutować w herbaciarni czy pubie; oraz na takich, którzy za ciężkie pieniądze próbują w domowych warunkach nieudolnie zaemulować efekt sferycznego ekranu perełkowego oraz głębię dźwięku jaką daje tylko pusta przestrzeń o kubaturze średniej willi. Nabywają więc wypasiony sprzęt z wytłoczonym na przednim panelu napisem Pionieer, albo inny „Nimbus 3000″ i stado trumienek głośnikopodobnych, do porozmieszczania w pieczołowicie wybranych miejscach klitki 3x3m, zwanej szumnie pokojem, i oglądają.
A ja się w kułak śmieję, i tak sobie myślę: trzeba obejrzeć ponad 100 filmów, żeby sprzęcicho się zwróciło. Czyli jak nic dwa lata, chyba że ktoś jest kinomaniakiem, i z rzelazną konsekwencją przez rok minimum co 3 dni ogląda nowy film DVD. Jeśli tak, to zwracam honor i chylę czoła.

A mi jakoś tak po prostu przyjemniej jest iść do kina, takiego prawdziwego, niż udawać, że mam je w domu.

Staram się po prostu nie dać się zwariować gonieniem niedogonialnego i osiaganiem tego, czego nie da się w domu osiągnąć. Więc do filmów które niegodne są zaszczycenia ich obecnością mojej osoby na seansie filmowym, przygotowałem sobie osobisty zestaw Kina Domowego :)


A tak wygląda moje Kino Domowe AD 2005! Jest na prawdę bardzo domowe.

Chyba jednak wolę oglądać filmy na monitorze 17-calowym, zamiast na telewizorze 14-calowym, w którym padła niebieska składowa RGB (i nie chce mi się ryć w środku..), skutkiem czego każdy emitowany radośnie przezeń obraz utrzymany jest w kolorze stonowanej sepii.
Resztę konfiguracji tworzy:
W roli wzmacniacza i separatora sygnału audio – odtwarzacz samochodowy CD z „krótkimi kablami”, zanabyty drogą kupna od okolicznego Cygana.
W roli zestawu głośnikowego AC3 7+1 – zestaw głośnikowy odzyskany z frontpanelu radio-magnetofono-CDka, pieszczotliwie zwanego przez Ptaka „Odrobiną”, w której po dziesięciu latach exploatacji padło już wszystko prócz głośników.
W roli eleganckiej i ekologicznej podstawki pod monitor – pieniek drewniany, brzozowy średniej wysokości, z gałęzią – uchwytem.
Całość zasilana jest niezawodną jednostką zasilającą z obudowy komputera klasy AT.
Zestawu dopełnia, widoczne na fotografii okablowanie strukturalne dostarczające pełną gamę sygnałów analogowych do odpowiednich efektorów.

Lecę bo chcę!

1 komentarz

– Lecę bo chcę! – powiedział wczoraj Adam Małysz zapytany przez dziennikarzy o sposób w jaki utrzymuje wciąż niesłabnącą formę.

Jaccuzi!

Brak komentarzy




–Artuuurze! W naszej wannie są bąbelki! Mamy dżakuzi! – jak powiedział Kleszcz kiedy puścił sporego bąka w kąpieli :D


Kto choćby raz nie chciał powiedzieć: nie lubię urodzin, walentynek, imienin itp, szczególnie swoich. Osobiście nie lubię dostawać wymuszonych życzeń, prezentów „bo tak wypada”, lubię szczerość, i prawdziwe odczucia.

Jednak większość świat traktujemy jako obowiązek wyrażania czegoś, a nie radość z tego, że coś jest! Jeśli w kimś jest prawdziwe uczucie, to je wyrazi bez kartki. A nawet bez słów.

Bo chyba uczucia wyraża się codziennie, a nie raz w roku. Obojętnie, czy są to Walentynki, czy Boże Narodzenie…

Myslę że dostep do jakichkolwiek informacji nie wystarcza do posiadania wiedzy.. W szkole wiele przedmiotów jest ze sobą powiązanych… ( w końcu to już Starożytni nazywali je Naukami Przyrodniczymi i traktowali dzisiejszą matematykę, fizykę, chemię, biologię jako całość) Wielu tego nie dostrzega, prawie wszyscy zamykają się w danych ramach i wkuwają…
Jak bardzo bezrefleksyjne jest dzisiejsze spoleczeństwo, młodzież, takie tam.. Patrzę sobie na tych o dziesięć lat ode mnie młodszych ludzi na Uczelni.. Dla nich matma to matma, fiza to fiza, a logika to juz buka-wie-co..

Wszyscy biorą to, co dają w szkółce, bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się czy ten grzyb który znaleźli, to może być na sałatkę, na sosik, w marynatę, czy trujacy. Grzyba znalazlem, to do koszyka sru. I tyle :)

Amerika, Amerika..

3 komentarzy

Przeczytałem dziś, że w USA, potocznie zwanych Ameryką, jakiś facet opatentował niedawno KOŁO. Tak, to takie okrągłe, którego sztuk cztery ma każdy samochód i deck, a rower ze dwa. Cała sprawa wydaje się na pozór śmieszna, a facet zapewne wykorzystał patentowe luki prawne i miał dobrego prawnika. Ale został właścicielem patentu na koło i praw do jego wykorzystania. I tylko od jego woli zależy teraz, czy zechce pobierać opłaty za wykorzystanie swojego „wynalazku”, chociażby od każdego z producentów samochodów. Kasa niewyobrażalna.
Good bless Amerika.

Już od jakiegoś czasu firma Microsoft jest właścicielem patentu na „uruchomienie aplikacji przez podwójne kliknięcie myszą”. Oznacza to, że każdy kto nie jest firmą Microsoft musi (jesli M$ tego zarząda) wykupić sobie prawo do zastosowania tego mechanizmu w swojej aplikacji.
Good bless Amerika.

Prostą konsekwencją takiej polityki może być choćby sytuacja taka jak na „Planecie śmierci II” Harrego Harisona – wszelka wiedza jest religią, paranie się nauką jest zakazane, a władzę dzierżą klany, szczepy i oligarchie, zazdrośnie strzegący fragmentów wiedzy której są właścicielami, pobierającymi niebotyczne opłaty i gratyfikacje za wykorzystanie praw do elektryczności, maszyn parowych, destylacji ropy, prostych reakcji chemicznych…
Good bless Amerika.

Początki takieg ostanu dostrzegam już w „Ciasteczkach ciotki Jilly” pani Teresy Hołówki, interesującym i błyskotliwym zapisie rzeczywistości Middle Eastu Ameryki polowy lat osiemdziesiatych, gdzie np. ogólna wiedza medyczna jest szczątkowa, najbardziej błache objawy chorobowe wymagają płatnych konsultacji lekarskich, w przychodniach nie istnieją ulotki informujące choćby o podstawowych objawach chorób wenerycznych…
Good bless Amerika.

I jak co roku, plakaty uliczne i e-maile informują mnie radośnie – Wielka Loteria Wizowa USA!! Znaczy, coroczny drenaż mózgów i wielka życiowa szansa w jednym! Szansa dla nieudaczników bez pomysłu na życie tutaj (tam jak wiadomo pomysły i praca same lezą w ręce i każdy może mieć samochód, dzisiejszy odpowiednik naszej Syrenki Bosto), a jeśli ma wyższe wykształcenie i w kraju jedynie gołą dupę, „ma szansę stać się Budowniczym Nowej Ojczyzny” (moja babcia miała medal Budowniczy Polski Ludowej, taki na wstążeczce)
Good bless Amerika.

Jeszcze parę lat temu bardzo chciałem pojechać do USA, zobaczyć Statuę Wolności, Empire State, Niagarę, Wielki Kanion i namorzynowe bagna Florydy, połazić po plażach Californi i posiedzieć wieczorem na tarasie z farmerami z Południa. Jesli widziałem Hawanę, chciałem też zobaczyć Newy York.

Ale dziś wiem, że nie mam ochoty jechać do kraju, który każdego swojego gościa przy samym wjeździe traktuje jak najgrożniejszego przestępcę. Wiem że po 11 września, czyli gdy mały kraj brudasów w chustach narobił bezczelnie na wycieraczkę najwiekszemu mocarstwu świata, pokazując wartość jego obronności – Ibn Ladena nie złapali przez ponad pięć lat, zaostrzono kontrole. A ja nie mam ochoty, żeby na powitanie na lotnisku w L.A. pobrano mi odciski palców i pomiary antropomedyczne czaszki oraz siatkówki oka w celu późniejszej szybkiej identyfikacji. Obowiązkowo. Uważam to za naruszenie mojej wolności osobistej oraz zakładanie winy każdego a priori, zamiast obowiązującej w prawie zasady domniemania niewinności. Od razu skojarza mi się to z latami stalinowskimi w Polsce, gdy odciski palców pobierano równie obowiązkowo przy wydawaniu dowodu osobistego. W końcu każdy może być przestepcą, a to dla dobra społecznego…
Good bless Amerika.

Jak uchwalił Kongres, za kilka lat osoby chcące wjechać do USA czeka wymiana paszportów. Na te z chipem RFiD, zawierającym dane biomedyczne. Pamiętam jak kilka lat temu chcąc wjechać do IRANU (Policja Religijna na ulicach i zakaz używania anten satelitarnych) musiałem się starać o drugi paszport. Arabizowany. Teraz będę musiał mieć trzeci, amerykański. Witaj świecie wolności!
Good bless Amerika.


  • RSS
  • Facebook
  • Nasza Klasa