Sciemniacz !!

Blog polityczno - społeczno - oniryczny

Wpisy z okresu: 3.2006

Napis w kiblu…

2 komentarzy

Napis w kabinie, w ubikacji na mojej Uczelni:
– Czy już zwiedziłeś wszystkie kible?
I mój dopisek:
– Kończę zwiedzać damskie.

Dawno, dawno temu, tak z lat cztery, może pięć, co w skali internetu jest wiecznością, był sobie IRC.

IRC, to było takie coś, kiedy nie było jeszcze randkowych potrali, czatów, programów do ściągania muzy i filmów, Gadu-gadu, i przesyłania przez nie plików (DCC), był sobie jeden programik, który to wszystko umożliwiał – nazywał się IRC właśnie. Skutkiem tego, na IRC-u siedziały wtedy stada ludzi, na jakichś kanałach miejskich, tematycznych, i czasem zupełnie pokręconyh, nie licząc oczywiście PRIV-ów :) Zawiazywały się oczywiście kółka wzajemnej adoracji tudziez bojkotów towarzyskich, czy innych realacji towarzysko-erotycznych :) Czyli, nihil novi sub solei. :)

Dochodziło nawet do tego, że ludkowie z jednego kanału poznawali się w Realu, spotykali się w jakichś knajpach, a nierzadko nie tylko i obscenicznie też. Nie obywało się oczywiście na takich spotkaniach bez tańczenia po stołach topless, łapania-żubra i podobnych klimatów. No i oczywiście przesyłanie plików – od najnowszych installek windowsa 2000 i Quake, po amatorskie fotki panienek po drugiej stronie… :)

I była sobie wtedy dziewczynka, na nicka jej było Kera, której fotki obiegły wówczas chyba pół Internetu, która chętnie robiła sobie zdjecia o tyle nietypowe, co odważne na pewno, nawet jak na dzisiejsze czasy :) Do dziś kiedy już nikt nie kojarzy tegoż nicka, jesli powiesz:
–no, wiesz, to ta laska z wężem boa – każdy kto wtedy siedział na IRC, skojarzy Kerę, jej fotki i taniec po stołach podczas imprez „na Mariana” :)

A dziś, idę sobie spokojnie i zaglądam do Wielkiego Domu Towarowego (SDH) w samym Centralnym Centrum mojego Miasta, gdzie na parterze pysznią się ekskluzywne sklepy i stoiska ze złotymi łańcuszkami, broszami z bursztynem w złoto oprawnem, oraz zegarkami ca 300zł na rękę – idę sobie i oczy me przecieram.

Jako że na stoisku bursztyn i złoto podaje klientom ekskluzywnym ekskluzywnie odstawiona.. Kera!! :D

I co z tego, ze po północnej stronie Miasta leżą jeszcze haudy czarnego sniegu, tworząc malownicze lodowce w stadium agonii? Można na nie włazić i je zdobywać, to ostatni moment, nim znikną na kolejne 8 miesięcy!

A po południowej stronie ulicy Miasta już wiosna!
Chodnik suchy, dziewczyny pozostawiały w domach swoje modne szaliki z przytulnej, grubej wełny z dzianymi na szydełku kwiatkami (szalik i czapka – as komplecik, hit schyłku zimy :) Spacerują sobie, SMS-ując mi pod oknami Firmy, skupić się nie mozna wręcz na pracowitym nic-nie-robieniu.. Tylko by człowiek oko zawieszał.

A nocą, gdy się wraca ulicą, aleją pod brzozami, PACHNIE! Pachnie WIOSNĄ! To pachną brzozowe gałezie, w których soki aż pulsują..

A o piatej nad ranem krzaki pod moim oknem zaczynają się drzeć! Najpierw świrkają nieśmiało, by juz za pół godziny rozświergolić się radością powitania świtu i WIOSNY!

Wiosna idzie, juz WIOSNA, Panie Sierżancie!

Nasz lokal (host)

1 komentarz

Ostatnio w nowej siedzibie naszego oddziału regionalnego Wielkiej Firmy SA, na oknach pomieszczenia Administratorów Sieci zawisł od strony ulicy taki banner:

Home, sweet home ;)

Teraz wiemy, że jesteśmy u siebie :P
(Na LocalHoscie znaczy :)

True Story …

3 komentarzy

Która z historii jest bardziej prawdziwa…

O dziadku w białym płaszczu, czy o dziewczynce w czerwonym kapturku…

Nie szukałem pracy.
Od kiedy trzy lata temu udałem się na trzeci etap kwalifikacyjny na szczeblu warszawskim, na stanowisko Kier. Serwisu Informatycznego Oddziału Łódzkiego (firmy która do dziś nie wdrożyła całkowicie systemu informatycznego w ZUS [i pewnie długo nie wdroży - w końcu z czegoś żyć muszą ] :) i oznajmiono mi że że jestem drugi w rankingu. Więc od tego momentu pracy nie szukam. Założyłem własną firmę i było mi fajnie.
No więc praca mnie znalazła. Sama.
Wielka Firma Korporacyjna SA zaproponowała całkiem fajne warunki „przejęcia praw i obowiązków usługodawcy”. Znaczy, zaproponowali, że wykupią mnie z majątkiem ruchomym, nieruchomym i klientami włącznie :)
Pozostało tylko zrobić spis inwentarza, donegocjować warunki i pierdoły takie jak warunki zatrudnienia, pokrycia kosztów Studiów i paru innych..
[Temu poświęcę kolejną notkę pt. "Za ile sprzedać Osiedlową Sieć Internetową ?" ]

No i pracuję sobie teraz spokojnie w Lokalnym Oddziale Wielkiej Firmy Korporacyjnej SA.
Życie toczy się tu spokojnie, niczem w słonecznej Hiszpanii.
Maniana jest znaczy.
Codzienne, leniwe dialogi snują się tak:

– Misiek (znaczy Klient) zgłasza awarie pod adresem takim-to-a-takim
– Poczekajmy ze trzy godzinki, zobaczymy czy się ich zgłosi więcej z tego rejonu, co będziemy jechać w ciemno do jednego Misia.

– Ta klawiatura przestała działać. Naprawiamy czy spisujemy z inwentarza?
– Połóż na półkę, później się zobaczy…

Pani Asystentka zwana dalej Sekretarką, która nota bene najlepiej spełniłaby się zajmując się ogniskiem domowym, potyka się codziennie o wiązkę kabli przy biurku
– Może wsadzimy te kable pod listwę pod podłogę?
– Kiedyś się to zrobi, jak bedzie remont, albo sprzątanie…

Sypie się i rozstawia łącze LB do klienta w miarę kluczowego.
– To może ja pójdę podlutować ten jeden kabelek do styku na modemie?
– Nie, później, podlutuje się kiedyś, jak bedziemy downować serwer…

Admin w Tajnym Podziemnym Korytarzu (140cm), przykłada rękę do czujnika linii papilarnych. Specjalna, 30 Wattowa żarówka równocześnie oświetla jego siatkówkę oka! (myszy prześlizgują sie bezczelnie)

A serwer na którym chodzi ponad SZEŚCSET klientów internetowych (każdy minimum po 60 zł) stoi w zawilgoconej piwnicy najmowanej za 50zł miesięcznie. Prąd do serwerowni (3 serwery, 20 modemów, zaawansowany switch 3COMM, dwie Radiolinie 36 MBit-owe) doprowadza kabelek jeden-kwadrat pobierający prąd z… gniazda żarowki!
Oczywiście z braku bezpiecznika różnicowo-prądowego [20zł] na instalacji zasilającej).

Serwerownia: Radiolinie, modemy, serwery, kanapa i Admin.

No i maniana.

Byle faktury płacili na czas.

Co nowego w kinach?

Jan Paweł II w puszce (boję się otworzyć konserwę, nie uwłaczając Leninowi ze starego kawału)

oraz odgrzewany Czerwony Kapturek (pod kryptonimem „true story” oczywiście.

Alternatywa iście szatańska, a o trafności wyboru seansu przekonam się niebawem ;)

Kiedy zamykam oczy, śni mi się taki sen:

To był chyba wyjazd na Jarocin albo inny Woodstok. Umówiliśmy sięna spotkanie na dworcu, w zasadzie to na małej, przesiadkowej stacji kolejowej, gdzie właśnie rozsiedli się wszyscy zmierzający w tym samym dokładnie celu i kierunku. Znalem ja z Netu i ze zdjęć, nawet tych bardziej erotycznych, w charakterystycznym czarnym bikini, sznurowanym z przodu i z boków do srebrnych metalowych kółek… Od razu, gdy spotkaliśmy się, myślę że przypadłem Jej do gustu, bo gdy w tym tłumie obsiedzonych ławek znaleźliśmy jedyną wolną zupełnie naprzeciwko okien zawiadowcy stacji i kas, dosiadła mnie okrakiem i jednoznacznie zaczęła się dobierać.. Pani kasjerka zamknęła okienko, a Zawiadowca enigmatycznie zasłonił się gazetą.. Do Niczego jednak nie doszło, choć oboje mieliśmy ochotę, mimo nieskromnego miejsca, jako że zjawiła się Jej koleżanka-przyjaciółka-nie-tyko-za-rączkę, oczywiście wysoka, czarna, krótko ścięta i w prostej krótkiej nad kolano letniej sukience w małe kwiatuszki i w ciężkich punkowych butach.. I powiedziala że się dołączy. Ale to nie był albo dobry pomysł, albo dobre miejsce. Tym bardziej, że jedyna pobliska knajpa pod ambasadą Hamerykańską została przemianowana na Tanią Książkę, z półkami, których nie powstydzilby się Karol V w swojej bibliotecie. W tzw. miedzyczasie dołączyła do nas jeszcze znajoma punkowo-gotycka parka, także zmierzająca w tym samym kierunku i celu, więc zaproponowałem by się trzymac w kupie i znaleść sobie na miejscu wspólną kwaterę u jakiejś Babci w ogródku. I pojechaliśmy.

Mission comlete.

Jestem czerwonym, gorącym wiatrem pustyni, wieję zawsze tam, gdzie miam ochotę..
Beżowożółte spalone piaski Emiratów Arabskich. Jestem rezydentem na Dworze, do spraw Wdrożeń Informatycznych.
Ktoraś z Jego Żon, zapytała mnie siedząc przed monitorem na złotem chaftowanych poduszkach, czy czamary niedokładnie wybarwione trzeba księgować jako „każda sztuka”, czy jako „inne”. Zwierzyła się i inteligentnie uzasadniła, z czym się zgodziłem, ze autor programu był kompletnym, aintuicyjnym idiotą.
Wieczorem przyszła do mojej komnaty, w jedwabnej, purpurowo-fioletowej szacie, skromnej jellabie z wysokimi rozcieciami, pewnie raczej dla wygody, niż z nieskromności… Przyszła może by przedyskutować aspekty oprogramowania..
Miała długie, lekko kręcone i wszędobylskie kruczoczarne włosy, pachnace henna i trawą; czarnoorzechowe oczy, z błyskającymi w głebi ich toni spontanicznymi, złotymi iskierkami życia; wspaniałe, jedrne, opalone, brązowawe uda, gładkości i barwy łupiny orzecha laskowego… Ciało pachnące pustynią w ciemnosciach…
Jestem czerwonym, gorącym wiatrem pustyni, wieję zawsze tam, gdzie miam ochotę..

ShIfTuJąCe KuRcZaKi AtAkUjĄ!