Oczywiscie wiem ze to nie jest zaden ostatni dzien Lata, ze to po prostu ostatni weekend sierpnia.. Ale tak mi dziwnie, nostalgicznie. 30 sierpnia to jakas jednak bariera, cos co oddziela sloneczne, gorace lato od obowiazkowej jesieni, choc cieplej, ale rozswietlonej juz bardzo lagodnym dotykiem slonca pory wrzesniowej.

I Slonce w poludnie ma juz inny odcien, niz tak jak do dzis swiatlo, w ktorym ocenia sie jakosc diamentow, okresla sie jako "kolor lipcowego slonca w poludnie w Paryzu".. To juz nie ten kolor slonca.. I nie ten dotyk.. I wszystko wokolo pachnie juz inaczej.

I w domu pachnie mietą. I oregano. Ksiezyc jest w odpowiedniej fazie. Wiec zrobilem zniwa ziolom. Mieta scieta w peczku wisi w kuchni nad stolem. i peczek 
oregano.  Tak jak pamietam, zawsze jesienia u Babci w Nowym Tomyslu, na gwozdziach wbitych w kredens wisialy jesienia peczki 
ziol i caly dom pachnial. 
Lubie taki pachnacy koniec lata.
Taka jeszcze nie jesien.
I ptaki jeszcze udaja ze nie musza odlatywac.
I za dnia udaje sie nie zmarznac w krotkim rekawku.
Chociaz mezczyzni przestaja nosic sandaly na gole stopy..
Taki czas jeszcze nie jesieni, chociaz pachnie mieta…