Miasto-zamek.

Żyliśmy tu od wieków w kilkanaście magnackich Rodów, zajmując wspolnie setki, może tysiace komnat zamku-miasta. Nikt nie wiedzial ile ich jest i jak się łączą. Każdy znał tylk oswój fragment rodowy. Nikt nie wiedzial, gdzie kończy się miasto, albo zamek, nikt z Rodowych tak na prawdę od stuleci nie wychodził poza jego obręb – nie było takiej potrzeby. Konmaty, przejścia, korytarze, lochy, krużganki między rozległymi salami, antyszambrami, komnatami, wolierami, klatkami schodowymi przeplatały się tworząc jedną, urbanistyczną całość, tylko rozbudowywaną od stuleci.

Tylko czasem ktoś z Zewnątrz docierał do środka któregoś z rodowego Dominium.. Tak jak tym razem, gry Straż przyprowadziła dziwnego wędrowca, który wszedł na teren naszego Rodu, niosąc coś w zaciśniętej garści. Coś co prześwitywało pomiędzy jego palcami, coś co rozświetlało całą jego dłoń słonecznym, gorącym światłem..

Gdyby Straż mogła jego dłoń otworzyć, nigdy nie dowiedzielibyśmy sie o tym zdarzeniu. Po prostu odebrali by mu klejnot i pogonili w podskokach. Jednak jego dłoń żyła jakby własnym życiem i tylko pomiędzy palcami prześwitywał gorący, słoneczny blask!
Kat Dyżurny Rodu zdążył z wędrowca wyciągnąć jedynie położenie miejsca, gdzie spadła Lodowata Gwiazda.. Jej fragment w koncu na katowskim stole wypadł z ręki martwego wędrowca.. Okruch Gwiazdy wypenił loch słonecznym światłem. Ale jednocześnie wszystkie katowskie narzędzia pokryły się grubą warstwą szronu.. Oddech przerażonego kata przylepiał się z każdym dechem do ścian, sprzętow i narzędzi..