Nazwaliśmy ich PAO, tak jak nazywał się ten stworek z kobiecej gry na smartfona.

Nie wiadomo skąd przybyli. Właściwie to nie przybyli, raczej przybyła tylko informacja, że chcą być na Ziemi. Nie poruszali się żadnymi rakietami, kometami czy teleportami. Byli czystą informacją o lokalnej organizacji materii w czasoprzestrzeni. Słowem, materializowali się tam i wtedy gdzie chcieli, z lokalnej materii, każdy inaczej. A że informacja jest niezależna od czasu i miejsca, po prostu byli. Ich asymilacyjna ciekawość rzeczywistości zogniskowała ich w Polsce. Gdzieś w środku, w Pabianicach.

Do dziś nie wiemy jak się rozmnażali. Na pewno nie posiadali żadnego kodu genetycznego, dziedziczenia fizycznego. Ich kodem była dziedziczna informacja o potencjale zaistnienia, forma zasady, w jakiej kolejności mają się połączyć ze sobą atomy, by stworzyć fizyczną postać. Dla tego choćby nie używali drzwi, zwyczajnie przez nie przesiąkali, bo miejsca pomiędzy atomami jest 100 razy więcej niż one same zajmują – po prostu mijały się atomy drzwi i PAO. PAO spodni nie zakładali – wsiąkali w nie i wypełniali, na takiej samej zasadzie – przestawiali parę miliardów atomów i miejsc pomiędzy nimi..

Ale nie wszyscy PAO nosili spodnie. Każdy z nich był fizycznie inny. Organizowali się z lokalnej materii i na wzór jej lokalnego zorganizowania.

Najfajniejszy był Mixerr – jego jadro zaistnienia zainicjowało się w pobliżu miksera Zelmera. Na początku był niezdarny, metalowy, bardzo techniczny i trochę niegramotny, ale gdy zaczął wchłaniać inne technologiczne podzespoły, stał się szybki i zwinny. I jeszcze bardziej techniczny. Nie pamiętam juz skąd skombinował gąsienice i manipulator, taki jak w marsjańskiej sondzie. Mixerr się nie odżywiał, on rozpuszczał w niebycie np. telefon komórkowy i materializował jego ideę na własnym pancerzu, w formie modułu GSM z ekranem dotykowym. Jako jedyny PAO nauczył się z nami w ten sposób porozumiewać.

Inne PAO nie mówiły. Nie posługiwały się telepatią czy innymi parapsychologiami, ale potrafiły przekazywać nastroje i potrzeby. Nie znałem wielu PAO, ale Jorikk, który postanowił zaistnieć w poblizu mojego psa Tofika w typie Yorka i zaistniał w formie owłosionego pigmejowatego australopiteka, potrafił to doskonale. Tylko gdy postanowił zaasymilować tubkę samoopalacza Ziaji, stał się trochę bardziej brązowy.. Gdy jeszcze bydlak zaasymilował kilka gupików i dwa danio z naszego akwarium, zaczął uwielbiać wspólne nurkowanie pieskiem w basenie pobliskiego Wodnego Raju.. Uwielbiał też łazic po drzewach, gdy zaginął kot sąsiadki.

Mój własny PAO nie był najmilszy. Przebudziłem się rano – no tak, nogi spuchnięte, ale przecież biorę te leki na nadciśnienie! Coś wolno pełza pod skórą kończyny prawej. Nagle pojawia się wrzodowaty otwór, a w nim różowiótki dziecięcy palec. Nieco zakrzywiony. Szponowaty taki. Ciągnę za niego, pół nogi się otwiera, wychodzi mała główka i kilka piszczelowatych różowiutkich odnóży. Był jakiś błoniasty i kanciasty, trochę jak Obcy skrzyżowany z pająkiem kosarzem. Ale lubiłem go, bo był mój, moze nie z żebra, ale z piszczeli – też się liczy :) Przesiadywał w kuchni, najbardziej lubił asymilować słabo wysmazone steki i bitki. Nie potrafił sobie tylko poradzić z fuzją trzech kolorów, w tym tego swojego noworodkowego różu, z bitkami.

Któregoś dnia wszystkie PAO odeszły. Chociaz nie deszły, odeszła tylko informacja o ich organizacji molekularnej. Z każdego PAO pozostała kupka szarego proszku, atomów i molekuł pozbawionych organizacji i informacji, osieroconych przez ich mieszkańców…

THE END ?

PS: lekarz powiedział, że nie powinienem zmieniać leków :D Tak, wiem, oglądam Transformers, BenTena i Obcego. Ale mi się to na prawdę sniło :)