Sciemniacz !!

Blog polityczno - społeczno - oniryczny

Wpisy z okresu: 2.2016

Trzy miliony oszukanych dzieci… Cóż, tak się kończą populistyczne obietnice wyborcze. 500zł na KAŻDE dziecko? Zawsze mówiliśmy że na „każde DRUGIE” :) A w 2017 roku okaże się, że mówiliśmy: „Na każde drugie, ale tylko w pierwszym roku, później na KAŻDE SIÓDME!” :-/

Zacznijmy od tego, że jest wiele par, a nawet singli, którzy nie decydują się na dzieci nie głównie ze względów ekonomicznych, ale SPOŁECZNYCH – a to nie mają po prostu babci, która się dzieckiem zajmie, gdy pracują wg. grafiku, na żłobek nie mają szans ani formalnie ani finansowo, tak samo nie mają szans na powrót do pracy po urlopie macierzyńskim i wychowawczym (przez dwa lata w każdej firmie zmienia się WSZYSTKO, „a pani szkoleń nie odbywała”…) – degradacja zawodowa to wariant optymistyczny, „likwidacja stanowiska pracy” to norma.

Jeśli program 500+ miał by stymulować dzietność, to IMHO powinien motywować w ogóle do posiadania dzieci – czyli na PIERWSZE dziecko powinna być przeznaczona WIĘKSZA kwota niż na dzieci kolejne! Na pierwsze dziecko konieczne jest zawsze więcej inwestycji – a to wózek, ubrania, zabawki, wyposażenie pokoju. Drugie dziecko korzysta już z zasobów po starszym, wymaga mniejszych inwestycji!

Oczywiście nie powinno być to „rozdawanie gotówki”, bo taka forma pomocy stymuluje wyłącznie żulenproletariat do produkowania taniej siły roboczej, a uzyskanych środków przeznaczenie na cele konsumpcyjne – konsumpcję pod monopolowym. NIE stymuluje do czegokolwiek odpowiedzialnych rodziców chcących mieć tylko jedno dziecko, ale za to zdrowo odżywiane (a nie parówkami z Biedaronki), ładnie ubrane (kupujemy w lumpeksie i wyrzucamy ubrania gdy są brudne), dobrze wykształcone.

Program „żłobek i przedszkole dla każdego dziecka”, subsydiowanie tych przyzakładowych (także w korporacjach!), szczepionki na menindokoki i inne „gżdyle” bez opłat (obecnie, ponad TYSIĄC zł komplet!) opiekunki społeczne jako „pogotowie dziecięce”, gdy musisz wyjść do Urzędu? Tak, to przerasta możliwości Państwa Polskiego. W United Kingdom jest to STANDARDEM!

Warto się zastanowić kogo miał by ów program stymulować?

Pracującą parę, po 40-tce, których jedynak kończy właśnie gimnazjum, ona jest zastępcą kierowniczki w Banku, on głównym inżynierem w dziale mechanicznym. Do łącznej kwoty ich zarobków 500zł to dodatek rzędu 7%. Więcej wydadzą na opiekunkę do dziecka. Bo przecież Ona w domu nie zostanie.

A może rodzinę na Swoim? Na jednym pokoju z 1,5 rocznym dzieckiem mieszkaniu u rodziców? 60-letnia Babcia(jeśli ma wcześniejszą emeryturę), da radę uchować dwójkę rozbrykańców, jeśli dała radę jednemu.. a rodzice pracują w Lidlu wg. grafiku, tj. świątek-piątek na godziny z kosmosu. Dzieci będą rozpoznawać rodziców na zdjęciach…

A może Samotną singielkę po 30-tce, która poczuła, że jej zegar biologiczny tyka, oj tyka.. Też jest jakąś asystentką Prezesa, na pierwsze dziecko nie dostanie ni grosza, a z obowiązków i kariery nie zamierza rezygnować.

A może samotną matkę, z pięcioletnią córeczką, z alimentami których „były” nie płaci, a która usiłuje związać koniec z końcem pracując na wariackie zmiany na kasie w Biedrobce i wyciągając 1650zł miesięcznie? Nie, jej się na pierwsze dziecko też nie należy. Musiała by zgarnąć jakiegoś bezrobotnego trutnia z ulicy i zafundować sobie potrójne obciążenie – jego i dwójkę dzieci, w tym jedno uniemożliwiające pracę. Wszystko to, przypomnę, za 500zł.

A może chronicznie bezrobotnego, byłego pracownika PGR-u, z czwórką dzieciaków (karmionych ziemniakami z cukrem i jajkami)? Takiemu który ma po rodzicach 10 hektarów i bierze na nie po tysiąc złociszy od hektara? To i na piąte dziecko weźmie, 2,5 tysiąca? Na wino pod GS-em styknie. O, tak, zastymuluje do dzietności! Jego dzieci też będą bezrobotne (przecież ich nie wykształci?), będą pobierały zasiłki, a na jesień życia dostaną rentę rolniczą z KRUS. Wychodzi na to, że jedynym ich wkładem społecznym będzie plemnik ojca ;-/

TAK, już wiem kogo ma stymulować do dzietności Dobra Zmiana.

Dziś będzie cięższy klimat.
Doszły mnie słuchy, że nadPrezes chce odznaczyć pana Kuklińskiego jakimś absurdalnym odznaczeniem najwyższym, wojskowym i uczynić go Generałem. Za zasługi. Zasługi amerykańskiego szpiega z polskim obywatelstwem. Ów Kukliński w czasach komuny szpiegował dla państwa WROGIEGO! Tym samym narażał setki tysięcy POLSKICH żołnierzy na śmierć, w przypadku konfliktu!

Gdyby robił to gratis, ot, z poczucia godności, walki o wolną Polskę, może dało by się to subiektywnie zrozumieć. Ale gdy za hamerykańskie pieniądze za zdradę Ojczyzny kupował jachty, wyścigowe samochody i luksusowe kobiety (lub odwrotnie), w czasach gdy ja miałem pomarańczę (JEDNĄ) jako luksus na Gwiazdkę (Boże Narodzenie), to nie widzę w tym niczego patriotycznego. Wyłącznie zwykłe dawanie dupy komuś kto zapewnia więcej. Zwykła KOMERCJA, służymy temu panu, który da lepsze żarcie i więcej kobiet.
Dziś kreuje się Kuklińskiego na współczesnego Konrada Wallenroda, który to „lisem był, podszył się, by państwo spod jarzma komuny wyzwolić”

Wg. mnie Wierność przysięgamy BEZWZGLĘDNIE. Tak przed Ołtarzem, jak i przed Sztandarem.
Czy są różne rodzaje wierności, zwolnienia od niej?

A jeśli nie chciał być wierny komunie, to mógł NIE PRZYSIĘGAĆ! MÓGŁ ponieść konsekwencje własnych przekonań i wartości – tak jak to robiły chłopaki z WIP (Wolność i Pokój, też należałem!) odmawiały przysięgi komunie i lądowały na lata w więzieniach.
NIE, Kukliński, konformista czasów komuny, jak to ciele, które dwie matki ssie pokornie, i w Ludowym Wojsku Polskim stopnia się dochapał, i kasę za zdradę wziąć potrafił.

Przecież wszyscy wiemy, że z panienką w delegacji to nie zdrada, w samochodzie to nie zdrada. Pocałunek to nie zdrada. I anal to nie zdrada!Więc przeciw komunie zdradzić własną Ojczyznę, to też nie zdrada!

IMHO, Takie DZIWKI powinno się degradować do stopnia pod-Szeregowca, a nie odznaczać czymkolwiek!

Mój ojciec urodzil się w Paszycach. Gdzieś pod Wilnem. W Polsce.

Po wojnie, i do końca życia w dowodzie miał wpis „urodzony w ZSRR”.

Zaraz po 17 września 1939 roku NKWD-ziści rozkułaczyli naszą rodzinę i wysłali ją z trójką dzieciaków, bydlęcymi wagonami na zsyłkę. Na słone stepy Kazachstanu. W pustym stepie otwarli wagony bydlęce i kazali wysiadać. Gdy wysiedli, rzucili po saperce (łopatka taka) na rodzinę i kazali wykopać sobie dom. Kopać nie można było głęboko, bo w jamie głębokiej na 80 cm podchodziła woda. SŁONA woda.

Gdy już wykopali sobie ziemianki, kryte darnią i trawą, musieli zbudować kanał. Kanał miał doprowadzać słodką wodę na plantacje bawełny. Tak, tej samej bawełny, którą uprawiali niewolnicy w Luizjanie, tak samo uprawiali ją polscy niewolnicy w Kazachstanie.
Kanał to nie był rowek w ziemi. To był piętnastometrowej wysokości NASYP (górka taka) ciągnący się przez step od horyzontu po horyzont. Na górze togo nasypu był rowek, którym płynęła SŁODKA woda! Ojciec wspominał, że wieczorami, o zachodzie słońca siadali na nasypie i patrzyli. Patrzyli..
– O, zobacz Hala, płynie zdechły pies!
– A zobacz Witia jak on spuchł, jak balon!
I tak się odpoczywało nad Kanałem wieczorami, pomiędzy dniami, gdy od upału i pracy pękała skóra na dłoniach od zbierania pachty (bawełny).

Gdy Umarł Stalin, i nastał rok 1956, władza ludowa pozwoliła rodzinie wracać. Nie, nie wracać do Paszyc, do domu. „Wracać” na Ziemie Wyzyskane. Na zapuszczone poniemieckie gospodarstwo pod Gorzowem. Więc spakowali motocykl z koszem (dali politrukowi łapówkę żeby skrzynię załadować do wagonu bydlęcego) i z trójką podrastających dzieci pojechali do Gościnowa. Albo Gusinowa, ojciec nigdy nie potrafił tego porządnie wymówić. albo nie chciał. Bo „sieła” (osady) w Kazachstanie nigdy nie nazywał. Gdy tam pojechalismy kilka lat przed jego śmiercią, po prostu mówił taksówkarzowi: „przy tej kapliczce w lewo”, „przy domu kultury w prawo”, choć domu kultury dawno już tam nie było, ale kierowca wiedział, że ten zawsze tam był…

Na gospodarce z jednym koniem (na którym Dziadek obiecał że będę jeździł, ale nie dożył – i dziadek, i koń), dwiema krowami (Muśka i Tuśka), świnią z prosiakami biegającymi po obejściu, stawkiem z kaczkami za stodołą, pokrzywami przy wychodku (które babcia sierpem ścinała i dodawała kurom i świniom do karmy), zapchlonym straszliwie kurnikiem i kurą Manią siedzącą w sieni w koszu na jajkach, psem Wilkiem biegającym od płota do płota „na drucie”, żyli sobie do lat 80-tych. Do końca myjąc naczynia w kuchni, gdzie wodę bieżącą zapewniała pompka ręczna „lewo-prawo”. Pośród łąk pofałdowanych, podziurawionych stawkami z pachnącym wieczorem tatarakiem. Orali, kosili, zbierali. Żyli. A Babcia wieczorem,gdy już powiązała snopki i sobie siedliśmy patrząc na te snopki i tatarak, mawiała że chciała by mieć skrzydła i sobie tak nad tymi łąkami i stawami polecieć, jak kaczka choćby!..

W latach 65-tych ojciec dostał się na Politechnikę Poznańską. Dobry był. Ale jako student repatriant mieszkał na dziko w jakiejś altance na działkach przy Krańcowej w Poznaniu – do dziś tam są dzikie altany i 15m2 wille… Jadł słoninę z cebulą, bez chleba, jak jabłko. Ale Politechnikę skończył. Dostał pracę inżyniera w HCP Cegielski. I mieszkanie spółdzielcze. Matkę poznał na jakiejś domówce, jak to w późnych 60-tych.. Gdy się urodziłem, wpłacił mi pełen wkład na książeczkę mieszkaniową, razem z dwoma mężami swoich sióstr, zrobili tak samo. Książeczki mieszkaniowe zmiótł wiatr historii i Inflacja, ale myślał by dać mi coś na przyszłość.

Gdy ojciec umierał na raka, i w końcu umarł (żartując z drabinki nad łóżkiem szpitalnym, że to jego drabina do nieba), nad jego grobem wspominał zaprzyjaźniony ksiądz z pod Gościnowa. Przyjechał, nie wziął grosza. I za zdrowie Witka wypił. Po przyjacielsku przyjechał, ot tak. Bywaliśmy czasem u Niego.

Nad grobem zaprzyjaźniona orkiestra Związku Sybiraków Polskich na trąbkach odegrała „Hej, heh, sokoły”! Dwie setki osób łzę otarło i się rozeszło w zadumie. Rok temu obok kwiatów położyliśmy na ojcowym grobie kartkę „ojciec, masz wnuczkę”. Bardzo chciał przed śmiercią zostać dziadkiem. Nie zdążył.

Legitymacja Ojca ze Związku Sybiraków kurzy się w szufladzie. Renty rodzinnej nie dostałem. Dura lex, sed lex.
Moje życiowe bzdury, i walka z komuną, te licealne tajne gazetki, punkowanie, to rzucanie w policyjne suki (transportery policyjne) ćwiartkami płyt chodnikowych pod kościołem, za to „żeby Polska była Polską”, za jakąś tam wolność.. Ten  NZS, takie tam, nie mają dziś prawie znaczenia. Zabawa w walkę. To że o mnie pozytywnie napisali w czterech publikacjach IPN (a panią Ewę b. lubię), nie warto wspominać.

Dziś jestem Polakiem gorszego sortu. I jestem z tego dumny.

I zamierzam jawnie publikować to co myślę, demonstrować na KOD-ach przeciwko FASZYZMOWI, pieszczotliwie zwanemu „kaczyzmem”. Ale to jest faszyzm.
Niech mnie z pracy wyrzucą w Urzędzie, niech mnie po sądach włóczą za „obrazy”. Nawet za Naczelnego Notariusza, zwanego PAD-em, Maliniakiem, pacynką z pod żyrandola i jakkolwiek.

Będę nazywał rzeczy po imieniu, każdy normalny kraj takie papiery uzna za „prześladowanie polityczne” – to ja poproszę o AZYL.
Nawet jeśli mnie za nieprawomyslność zmuszą do złożenia paszportu w najbliższej parafii. Spakuję córkę, Dziewczynę, sprzedam mieszkanie i adieu!

Z moimi kwalifikacjami i doświadczeniem od ręki dostanę komunalne mieszkanie i pracę. W byle Niemczech, Holandii czy innej Irlandii.
Wolę, żeby mi płacił za pracę uczciwy Niemiec, niż kaczysta – NKWDzista!

Woję wychować córkę na Europejkę o otwartym umyśle, niz na średniowiecznie zapyziałą Polkę, z przymusową indoktrynacją religijną.

Obywatelstwo sobie zostawię, może wrócę po latach DO DOMU.
Jak mój Ojciec.


  • RSS
  • Facebook
  • Nasza Klasa