Sciemniacz !!

Blog polityczno - społeczno - oniryczny

Wpisy w kategorii: opowiadania

Pąkiel

Brak komentarzy

Pąkiel.
Tak pieszczotliwie nazwalismy to stworzenie. Choć pieszczoty raczej nie wchodziły tu w grę, bo był wielkości małej planetoidy.
Tak, pamiętam, kapitan zwiadu sprawdził w google i się wymądrzał, że to pąkla, nie pąkiel.

Dla nas był i tak Pąklem i już. Bo przecież zamiast tak jak pąkla tkwić przyczepiony do powierzchni, tak Pąkiel był zagrzebany.
Tylko jego lejek fagocytujący wystawał nad powierzchnię planety. Reszta była zagrzebana w ziemi. A własciwie w skorupie ziemskiej, bo dolne partie Pąkla omywane były przez pływy lawowe astenosfery. Ot, tam, gdzie lęgną się wulkany. A Pąkiel potrzebował ciepła lawy do swoich reakcji rozkładowych. Ale to odkryliśmy dużo później…

Gdy próbowaliśmy porozumieć się z Latjącymi Małpami, albo z Muchami, szybko zrozumieliśmy (po zestrzeleniu Małpy…) że Pąkiel tworzy swiadomość roju. Był rodzajem Roju – to o czym dowiedziała się jedna Małpa lub Mucha, wiedziały momentalnie wszystkie, no i oczywiście Pąkiel też! To się przydawało, gdy zrozumieliśmy czym i dlaczego Pąkiel się odżywia. A nawet to, dlaczego istnieje.

Małpy mieszkały w jaskiniach dookoła leju gębowego. Miał kilkanaście kilometrów średnicy. Nad lejem zawsze wisiała w powietrzu chmara Małp. Znosiły pożywienie dla Pąkla i odlatywały. Czym były Małpy? Pewnie tym czym mrówki robotnice. Chociaż bardziej przypominały biologiczne roboty – czteroskrzydłe, sześcionogie stwory. Tylko z małpią mordą. Kapitan wygooglał, że to jakieś przerosnięte muchówki, ale dla nas były to małpy i juz. I tak jak czarownica z zachodu, Pąkiel wysyłał Małpy. Zamin Małpy poleciały po żer, wypuszczał Muchy. Stwororoboty zwiadowcze, z wielkimi trzema fasetkowymi oczami i fotoogniwami na skrzydłach. Wypatrywały żeru dla Pąkla, pobierały próbki, powiadamiały, a on decydował i wysyłał Małpy.

Małpy znosiły do leju pokarm dla Pąkla. Same śmieci! Wraki samochodów, odpady z budów, przetwórni, złomowni, porywały nawet martwe krowy i zdechłe myszy, potrafiły porwać cały kontener śmieci ze składowiska, albo wkopać się w śmietnisko! Nie porywały niczego żywego ani niczego przydatnego, funkcjonującego. Sam chłam i śmieci. A Pąkiel to żarł!

Żarł i napędzany energią geotermiczną gorącej lawy astenosfery trawił. I wydalał. I to, wbrew prawom entropii  izdrowemu rozsądkowi, żrąc ten cały smietnik, wydalał pierwiastki w postaci czystej. Tlen, azot, fosfor we wszystkich odmianach alotropowych. Tak samo węgiel – grafit, grafen, diament. Wszystkie metale w formie kuleczek ważących 27,5 grama. Wystarczyło przeciąć odpowiedniego Skórzaka.

Skórzaki pojawiały się w promieniu 50km od Leja Pąkla. po prostu wyłaziły z ziemi i leżały jak dojrzałe dynie. Tylko ich kolory wskazywały co znajdziemy w srodku. Na metale były czarne, żyłkowane kolorem metalu. Na niemetale, takie beżowo-sraczkowate. Na gazy – skroplone, stałe, lub gazowe pod cisnieniem  – niebieskawe. Pierwszy Skórzak po dziabnięciu nozem eksplodował Kajzerowi w twarz. Był niebieski. Z zielonkawymi żyłkami. Przy takiej dawce chloru Kajzer nie miał szans. Najfajniejsze były czarne ze złotymi żyłkami, równie żadkie jak te beżowe z czarnymi zyłkami – w nich zdażały się, obok grafitu, diamenty…

Przez kilkanaście lat od odkrycia Pąkla powyrastały wokół niego przetwórnie, zakłady chemiczne i produkcyjne, huty, rafinerie… Korzystaliśmy z tego co Pąkiel wydalał pełnymi garściami! W leju lądowały stare komórki i płyty komputerów, a w Purchlach złoto, miedź, bizmut i co tam jeszcze..

Do dziś nie wiemy czym był. Może z czegoś wyewoluował sam, otoczony cywilizacja pełną odpadów, może był genetycznym prezentem od jakichś gwiezdnych podróżników przelatujacych w pobliżu i mimochodem. A może żywą rafinerią, pasożytem międzygwiezdnym, przylepionym do Ziemi. Nie wiemy do dziś.

Któregoś majowego poranka Skórzaki przestały się pojawiać na powierzchni. Nie wiemy dlaczego.
Pąkiel przestał działać. Albo zdechł.

Tylko w otworze leja znaleźliśmy kilka ton sprasowanych foliowych toreb z „Biedronki”.

W pewnej katolickiej rodzinie urodził się chłopiec. Zwyczajny taki, jak noworodek. Ochrzcili go, choć ryczał na cały kościół. Komunię przyjął w czasie własciwym. W podstawówce dziewczynki za włosy targał – jak to chłopak w tym wieku. Ministrantem do mszy słuzył w komeżce z oddaniem, a na religię po podstawówce co poniedziałek chodził do przykościelnej salki. Bo proboszcz ludzki był, fajny chłop, po czuprynie poczochrał, po policzku pogładził, czasem w nagrodę ucalował. Jak to ministranta przecież!

Nasz bohater bierzmował się, a później poczuł powołanie. Bo czasy były sprzyjające powołaniom. Proboszcz czuł do niego niejaką sympatię, poparł, pomógł. Tak z dobroci serca, nie z fizycznego pociągu przecież pomógł. Wałówkę nawet dał.

W Seminarium Duchownym jest ciężko. Studia na Polibudzie przy tym wysiadają. To pikuś. Dopiero tu nawiązują się prawdziwe, męskie przyjaźnie. Takie prawdziwe, życiowe. Prawdziwy przyjaciel zawsze pomoże, gdy inni zawodzą. Nikt inny Ciebie nie przytuli, gdy już nie dajesz rady, po wieczornej modlitwie. Kobiety nie są tu potrzebne, najważniejsza jest braterska więź. By dać radę, oby do wyświęcenia. Nie wszyscy wytrzymywali w celibacie, gdy kobiet brak. Nie każdemu wystarczała przyjacielska dłoń..

Pierwsza parafia, młody proboszcz, pełen wiary zachęca wiernych do czynnego uczestnictwa w życiu parafii. Ministranci służą do mszy, garną się, bo nowy proboszcz ludzki chłop. Normalny taki, po głowie pogłaszcze, cukiera da, czasem z radości ucałuje! To w końcu lata 70-te, okazujemy sobie nawzajem miłość!!

Pierwsza synektura. Może dziekan, może biskup diecezjalny. A może po prostu wymarzona praca na MISJI – gdzieś w odległej Dominikanie, gdzie Słowo Boże jest tak potrzebne. I ta samotność. Do kogo ma się przytulić misjonarz w godzinie zwątpienia? Przecież nie do żony, albo gosposi.. A człowiek do człowieka lgnie, gdy sam i samotny w obcym kraju, pocieszenia szuka. Czasem znajduje bratnią duszę. Albo drucha.

Cóż że tak jak był przytulany przez proboszcza, tak stara się dominikanskim chłopcom okazać uczucie? Cóż, że zaprasza ich do siebie, winem poi i karmi? Cóż, że pragnie by się choć trochę odwdzięczyli za tą dobroć bezinteresowną? Cóż, że to tylko penis i tylko usta. Męska laska to nic złego.. I nawet taka prawdziwa męska szorstka miłość, bo przecież penis w odbycie potrafi podobno dostarczyć niesamowitych doznań. Ze względu na drażnienie prostaty. Tak twierdzą seksuolodzy i księża.

Że ktoś nazwie go skurwysynem bez sumienia? Zasranym zaprzańcem odmawiającym przez dwa lata zeznań w ewidentnie udowodnionych gwałtach? Że ktoś powie, że skurwiel dopiero na widok dożywocia lub stryczka proponuje dla siebie karę 7 lat więzienia? Że zboczeniec NIE PRZYZNAJE SIĘ do zarzucanych czynów, ale żąda UGODY sądownej, bez słowa przeprosin?

Że kilkunastu chłopców ma nie tylko zniszczone życie emocjonalne, uczuciowe, że są na całe życie psychicznymi kastratami nie potrafiącymi mieć normalnego życia uczuciowego, ot tak, przez jednego zboczeńca, klechę na stanowisku? Że przez jakiegoś skurwiela na zawsze oddalili się od Boga i mają do niego wręcz fizyczny wstręt, taki że nawet nie są w stanie przyjmować  sakramentów? Że im się przyjmowanie komunii z robieniem laski do końca życia będzie kojarzyć?

Że ktoś powie, że dożywocie dla takiego zwyrodnialca to mało, a 7 lat więzienia to KPINA?

A ja powiem – to tylko katolik. Może nadstawi drugi policzek, jak nadstawi grypserze cwelowską dupę przez 7 lat w celi.

Niech mu z odbytu grypsujący zrobią Jesień Średniowiecza. Taką wypasioną. Aż w koncu po trzech latach codziennej zabawy z paroma kolesiami zwieracze odbytu przestaną trzymać. Aż będzie musiał pod celą siedzieć najbliżej kibla. I jak to cwel, spać na glebie, nawet nie na jaskóle.

Nie życzę mu źle.

Niech ma te swoje siedem lat we Wronkach. Chłopaki go naprostują.

To juz mnie powoli zaczynalo wkurzac. Ta cala jedna wielka sciema walentynkowa, cala ta propaganda, importowany ckliwy pseudoromantyczny chlam nastawiony na robienie kasy. Wciskanie na kazdym kroku czerwonych serduszek i pluszu. Chcialo mi sie juz tym zygac.
Jakas laseczka na Pietrynie, przed salonem Operatora GSM wcisnela mi ulotke: „Wyslij SMS-a o tresci Walentynka pod numer 7998, zrob prezent swojej Sympatii, wezmiesz udzial w losowaniu niespodzianki!!”. Gdzie ja ja widzialem..
Srutututu, wymruczalem, wciskajac papier w kieszen. Co innego, a raczej kto inny mi chodzil po glowie. Natalia, dziewczyna z klatki obok… Wpadla mi w oko prawie pol roku temu, pod koniec wakacji, ale caly czas nie mialem okazji, a moze smialosci zagadnac.. Moze chociaz wysle jej Walentynke, moze w ten sposob.. Siedzialem i myslalem o Niej, i o tym caly wieczor, i oczywiscie niczego nie wymyslilem. Mialem jej numer, od kumpla, ale zadzwonic, glupio ;/ Jak ostatni desperat, zasypiajac, wyslalem SMS-a, tak jak podal Operator GSM na ulotce. Dycha nie majatek, a to bylo na prawde proste. Poczulem sie tak.. Cieszylem sie ze chociaz tak Ona dowie sie ze ktos o Niej mysli, czuje…
Rano, kolo dziesiatej obudzil mnie dzwonek do drzwi. Jasne, starzy juz powylazili do pracy, a domofon pewnie jak zwykle ktos zjaral.
Zwloklem sie z koja i popelzlem otworzyc te pieprzone drzwi.
I scielo mnie. Jak rosol w zelatynie.
W progu stala dziewczyna. Nie, nie zwyczajna dziewczyna. Zgrabna, wysoka brunetka, intrygujaco krotko obcieta, czerwone szpilki na dlugiej szpili, czerwone siateczkowe kabaretki nawet nie w polowie dlugosci uda usilowala przykrywac krwistoczerwona latexowa spodniczka mini… krotka, rownie czerwona bluzeczka, tak obcisla ze az chcialo sie palcem pokazac gdzie stercza ciemne sutki na jej piersiach… I krótka czerwona atlasowa pelerynka, obszyta czerwonym futerkiem, troche jak u elfinki Swietego Mikolaja.. Cos mi nie pasowalo, to wszystko bylo jakies dziwne, kiczowate, ale jednoczesnie pociagajace i podniecajace…
- Ty masz numer telefonu 604524484 ? – zapytala w progu i po prostu
- noo, tak – odpowiedzialem jak jakiś łoś wyglaszajacy prawde objawiona
- I wysylales wczoraj specjalnego, promocyjnego walentynkowego SMS-a, tak?
- Nno tak – odpowiedzialem budzac po drodze do ciezkiej roboty pol kilo swoich szarych komorek
- Fajnie, super! Wiec ja jestem twoja Walentynkowa Niespodzianka od Operatora GSM ! – powiedziala, bezceremonialnie wchodzac niesamowicie sprezystym krokiem do srodka, polyskujac latexem troche podjezdzajacej wyzej spodniczki – podpisz mi jeszcze tutaj, papier dla Operatora, ze dotarla do ciebie Niespodzianka – Taka praca – powiedziala z troche dziwnym usmieszkiem, siadajac na blacie mojego biurka i machajac noga w czerwonej szpilce i kabaretce.. Ech, od samego patrzenia przebiegal mnie podniecajacy dreszcz, a krew zaczynala mocniej krazyc w tych i tamtych czesciach ciala.. Teraz dopiero dostrzeglem na jej czerwonej, troche przykrotkiej pelerynce naszyte logo Operatora. Szkoda. tak na prawde, mialem na nia ochote. I ona o tym wiedziala.
- czesto robie ankiety, a teraz pracuje dla Operatora w Walentynkowej Promocji – wyjasnila troche zazenowana jakby
Gdy stanalem za nia, zdejmujac jej pelerynke, wyprezyla sie lekko, tak ze zarys sutkow duzo wyrazniej zaznaczyl sie na jej obcislej bluzeczce..

[co sie dzialo pozniej, jest ograniczone tylko wyobrazna... Bylo niesamowicie, romantycznie i ostro, zwyczajnie ale calkiem nierzeczywiscie i odjechanie.. trzy godziny pozniej oboje bylismy juz zbyt wyczerpani i zmeczeni zeby...]

Wychodzac, odwrocila sie jeszcze i ze smiechem powiedziala:
-Sorry, to z ta niespodzianka od Operatora GSM, to byla moja jedyna sciema. Wiesz, prawie pol roku nie moglam sie na to zdobyc. Trzymaj sie cieplo!
Teraz dopiero przypomnialem sobie gdzie Ja wczesniej widzialem…


  • RSS
  • Facebook
  • Nasza Klasa