Sciemniacz !!

Blog polityczno - społeczno - oniryczny

Wpisy w kategorii: Sny bezsenne

Pąkiel

Brak komentarzy

Pąkiel.
Tak pieszczotliwie nazwalismy to stworzenie. Choć pieszczoty raczej nie wchodziły tu w grę, bo był wielkości małej planetoidy.
Tak, pamiętam, kapitan zwiadu sprawdził w google i się wymądrzał, że to pąkla, nie pąkiel.

Dla nas był i tak Pąklem i już. Bo przecież zamiast tak jak pąkla tkwić przyczepiony do powierzchni, tak Pąkiel był zagrzebany.
Tylko jego lejek fagocytujący wystawał nad powierzchnię planety. Reszta była zagrzebana w ziemi. A własciwie w skorupie ziemskiej, bo dolne partie Pąkla omywane były przez pływy lawowe astenosfery. Ot, tam, gdzie lęgną się wulkany. A Pąkiel potrzebował ciepła lawy do swoich reakcji rozkładowych. Ale to odkryliśmy dużo później…

Gdy próbowaliśmy porozumieć się z Latjącymi Małpami, albo z Muchami, szybko zrozumieliśmy (po zestrzeleniu Małpy…) że Pąkiel tworzy swiadomość roju. Był rodzajem Roju – to o czym dowiedziała się jedna Małpa lub Mucha, wiedziały momentalnie wszystkie, no i oczywiście Pąkiel też! To się przydawało, gdy zrozumieliśmy czym i dlaczego Pąkiel się odżywia. A nawet to, dlaczego istnieje.

Małpy mieszkały w jaskiniach dookoła leju gębowego. Miał kilkanaście kilometrów średnicy. Nad lejem zawsze wisiała w powietrzu chmara Małp. Znosiły pożywienie dla Pąkla i odlatywały. Czym były Małpy? Pewnie tym czym mrówki robotnice. Chociaż bardziej przypominały biologiczne roboty – czteroskrzydłe, sześcionogie stwory. Tylko z małpią mordą. Kapitan wygooglał, że to jakieś przerosnięte muchówki, ale dla nas były to małpy i juz. I tak jak czarownica z zachodu, Pąkiel wysyłał Małpy. Zamin Małpy poleciały po żer, wypuszczał Muchy. Stwororoboty zwiadowcze, z wielkimi trzema fasetkowymi oczami i fotoogniwami na skrzydłach. Wypatrywały żeru dla Pąkla, pobierały próbki, powiadamiały, a on decydował i wysyłał Małpy.

Małpy znosiły do leju pokarm dla Pąkla. Same śmieci! Wraki samochodów, odpady z budów, przetwórni, złomowni, porywały nawet martwe krowy i zdechłe myszy, potrafiły porwać cały kontener śmieci ze składowiska, albo wkopać się w śmietnisko! Nie porywały niczego żywego ani niczego przydatnego, funkcjonującego. Sam chłam i śmieci. A Pąkiel to żarł!

Żarł i napędzany energią geotermiczną gorącej lawy astenosfery trawił. I wydalał. I to, wbrew prawom entropii  izdrowemu rozsądkowi, żrąc ten cały smietnik, wydalał pierwiastki w postaci czystej. Tlen, azot, fosfor we wszystkich odmianach alotropowych. Tak samo węgiel – grafit, grafen, diament. Wszystkie metale w formie kuleczek ważących 27,5 grama. Wystarczyło przeciąć odpowiedniego Skórzaka.

Skórzaki pojawiały się w promieniu 50km od Leja Pąkla. po prostu wyłaziły z ziemi i leżały jak dojrzałe dynie. Tylko ich kolory wskazywały co znajdziemy w srodku. Na metale były czarne, żyłkowane kolorem metalu. Na niemetale, takie beżowo-sraczkowate. Na gazy – skroplone, stałe, lub gazowe pod cisnieniem  – niebieskawe. Pierwszy Skórzak po dziabnięciu nozem eksplodował Kajzerowi w twarz. Był niebieski. Z zielonkawymi żyłkami. Przy takiej dawce chloru Kajzer nie miał szans. Najfajniejsze były czarne ze złotymi żyłkami, równie żadkie jak te beżowe z czarnymi zyłkami – w nich zdażały się, obok grafitu, diamenty…

Przez kilkanaście lat od odkrycia Pąkla powyrastały wokół niego przetwórnie, zakłady chemiczne i produkcyjne, huty, rafinerie… Korzystaliśmy z tego co Pąkiel wydalał pełnymi garściami! W leju lądowały stare komórki i płyty komputerów, a w Purchlach złoto, miedź, bizmut i co tam jeszcze..

Do dziś nie wiemy czym był. Może z czegoś wyewoluował sam, otoczony cywilizacja pełną odpadów, może był genetycznym prezentem od jakichś gwiezdnych podróżników przelatujacych w pobliżu i mimochodem. A może żywą rafinerią, pasożytem międzygwiezdnym, przylepionym do Ziemi. Nie wiemy do dziś.

Któregoś majowego poranka Skórzaki przestały się pojawiać na powierzchni. Nie wiemy dlaczego.
Pąkiel przestał działać. Albo zdechł.

Tylko w otworze leja znaleźliśmy kilka ton sprasowanych foliowych toreb z „Biedronki”.

Ab ovo Veritas

Brak komentarzy

Na całą planetę mieliśmy tylko dwa.
Ale dwa Jaja Supermiasta w zupełności wystarczą na kolonizowaną planetę typu ziemskiego.

Zdarzały się jaja terraformujace, kopalinowe, wydobywcze.. Nie wiemy do dziś skąd się wzięły. Być może w pasie asteroid pozostawial je jakiś starożytny kosmiczny zajączek wielkanocny… Choć Magothowie wierzą, że Wielka Boska Kura Która Była Pierwsza….

Jaja były dla nas szczytem inżynierii i genetyki jednocześnie. Bo gdy tak jak w pojedynczej komórce zygoty są dwie kopie pełnego zapisu genetycznego z którego podział po podziale, komórka po komórce jak z chemicznych klocków lego buduje się cały skomplikowany dorosły organizm, pełen zróżnicowanych tkanek, układów fizjologicznych, pełen sprzezen hormonalnych i reakcji nerwowych, wręcz w takiej podwójnej helisie z czterech tylko zasad peptydowych, za to pięknie ułożonych wg.Wielkiego Projektu, zapisana jest takze, nasza swiadomosc..

Tym samym były Jaja. Tak samo jak w ziarnku fasoli zapisane było jak ma wyrosnąć całe pnacze, jakie ma mieć liście, kwiaty, straki, nasiona, tak samo w Jaju była zapisana cała informacja co z niego wyrośnie. Były Jaja funkcyjne – z kopalinowego wyrastala kopalniohuta, z weglowodorowego – szyby wydobywcze z rafineria i przetworniami ropopochodnych. Wystarczyło aktywować Jajo a ono już samo znajdowało złoże i wyrastalo!

Mieliśmy na początku troche problemów z obsugą tego co wyrosło, te dziwne znaczki nie przypominały ani komend Ankuzow, ani języków klingonskich. Zaczynaliśmy od „włącz – wyłącz ” i „uwaga”, po roku mieliśmy pełne procedury zarządzania kopalnią i rafineria. Jednak Supermiasto, to było zbyt rzadkie Jajo, nierozpracowane zarządzanie, skomplikowane procedury, wielopiętrowe zależności. ..

Jajo w tryb budowy aktywowalo się niby prosto – trzeba było je trzymać w temperaturze tysiąca stopni przez równe trzy minuty. Więc przypadkowa aktywacja nie mogła nastąpić przy wejściu jaja w atmosferę jakiejś planety, przy przejściu zbyt blisko Słońca, przy wrzuceniu do ogniska przez małpoludy, nawet przy doświadczeniach jakiegoś Sędziwoja. .

Pierwsze Jajo (kopalniane) aktywowało się w centrum ośrodka badawczego po roku testów. Dziś mamy w tym miejscu największą kopalnię miedzi i zakład odzysku złota z urządzeń elektronicznych.

Jednak Jajo Supermiasto? Te w asteroidach znajduje się najrzadziej. Dwa jaja na jedną terragotową planetę. Średnio, w czasie. Na jeża.

A planetę już mieliśmy. Piękną, pełną gór i jezior, tlenu i czystej wody. Było trochę kopalin, ale na tyle mało, że mogły poczekać.

Aktywowaliśmy na niej Jajo! Na pieknej, bezludnej planecie typu ziemskiego. Kilkadziesiąt km od wybrzeża lokalnego kontynentu.  Jajowata czerń przeszła w żółć. Jajo ożyło! Wypuściło setki małych srebrzystych korzonków, szybko rozgałęziających się na miliardy mniejszych sięgających coraz dalej i dalej!… Każdy z korzeni przesyłał do Jaja informację i napotkanych minerałach, metalach, surowcach, lokalnym składzie chemicznym.

Miasto (Jajo) wiedziało dokładnie ile i czego potrzebuje. I w którym miejscu. Korzenie Miasta robiły się grubsze i coraz wieksze w miejscach, pomiędzy którymi były przesyłane substancje odżywcze Miasta. Na poczatek granit, marmur, kreda. metale. Korzenie Miasta pulsowały itransmitowały. Wszystko – od miejsca występowania w Ziemi, do miejsca budowania.

Mury miasta rosły DOSŁOWNIE. Rosły z miejscami na okna, które wyrastały we własciwych miejscach po znalezieniu przez korzenie Miasta złóż ropy i wyrośnięciu przetwórni PCV. Korzenie Miasta przenosiły wszystko. Od cząsteczek helu po metale ciężkie, gotowe cząsteczki polimerów i miliardy innych substancji chemicznych.

Mieliśmy Supermiasto! z dzielnicami Zarządzania, Koordynacji, Pracy, Wypoczynku, Produkcji, i co tam jeszcze korzenie Miasta przyniosły w okolicę!

,,,ale nadeszly inne czasy, a Miasto zmieniało się dynamicznie, zgodnie z pojawiającymi się potrzebami…

Dostałem w prezencie Narzędzie. Narzędzie do Wszystkiego. Taki jakby klucz francuski, ale nie tylko do odkręcania śróbek. Do WSZYSTKIEGO.

Kiedy i jak? Po prostu spotkałem chomika. Był dość duży jak na chomika, rozmowny. Jakiś bardziej inteligentny niż przeciętny taksówkarz. Albo hydraulik.

Poprosił mnie o wyleczenie swoich strasznie krzywych i próchniejących zębów, bo z tym sobie nie potrafił samodzielnie poradzić. Nie radził sobie z tkankami biologicznymi. Bo to bardzo techniczny chomik był. Poleciłem mu na prawdę dobrego dentystę chomiczego.

Narzędzie! W mojej dłoni znalazła się metalowa kulka,wygodnie się w niej mieszcząca. Ugryzła mnie! Chyba pobrała próbkę. W końcu DNA chomika znacznie różni się od ludzkiego, Narzędzie musiało przestroić filtry percepcyjne, zredefiniować skalę, dostosować się do innej motoryki i kinetyki ciała. Dostosować percepcję zmysłów i poziomy odczuwania. Oraz pragnień.

Bo Narzędzie reagowało na pragnienia. Na początku było je trudno kontrolować. Zadanie: zdefiniuj: chcesz by śrubka była wkręcona, czy chcesz by hulajnoga dla synka była zbudowana? Trzeba się skupić na szczegółach abo całkowicie zdać na Narzędzie!

Na śrubkę – już mam: końcówka DIP śrubokręt płaski. Ale na naprawę – laserowo wyświetlony na ścianie plan naprawy. Algorytm, narzędzia. Niezbędne materiały.

Na właściwą myśl narzędzie momentalnie reagowało wypuszczając cieniutkie, metalowe korzonki oplatające dłoń, rękę, bark, pół ciała. Korzonki rosły, pęczniały w siłowniki pneumatyczne, olejowe, elektromagnetyczne – suwne i obrotowe. Końcówki robocze twardniały w vidiowe kryształy, SDS-owe wiertła, frezy wycinające otwory pod zawiasy szafek meblowych, flexy, tarcze, piły…

Nie dało się na to patrzeć.. Potrafisz patrzeć jak to się dzieje i zaakceptować morphing wiertła w tarczę diamentową? raczej nie. To tak jak z przemianą człowieka w wilkołaka. Nie da się patrzeć. prościej patrzeć na wyświetlany na ścianie projekt niż na morfujące wiertło własnej ręki…

Złożenie szafki z IKEA? 10 minut. Zamiast 40-tu. Narzędzie skanuje instrukcję, laserowo wyszukuje elementy i wskazuje ich miejsca w montażu. Każdy element jest na czas na miejscu i Narzędzie ma wtedy odpowiednią końcówkę roboczą.

Ale to pikuś.

Chcesz zbudować szybowiec? Albo domek na drzewie dla dziecka? POMYŚL o tym, wyobraź sobie DOKŁADNIE jak ma wyglądać! Narzędzie wyświetli spis materiałów – ilościowych i jakościowych, podzespołów fabrycznych. Wyświetli plan technologiczny i roboczogodzinowy. Plan jest gotowy, wszystkie Narzędzia mam w ręce.  DO DZIEŁA!

Po miesiącu Narzędzie się wyłączyło. Skontaktowałem się z chomikiem. Powiedział, że trzeba przełączyć opcję akumulatora na z accu na continuois. wtedy akumulator zasilający wchodzi w tryb ładowania permanentnego.

Akumulator zasilający Narzędzie to też ciekawostka chomiczej technologii . Nie jest to sensu scricte bateria albo akumulator. Raczej kondensator, skomplikowane urządzenie, pobierające stale energię grawitacyjną, przekształcające je powoli w energię elektryczną akumulatora, doładowujące się stale. Chwilowy pobór mocy elektrycznej rozładowuje nieco kondensator, nadal doładowywany energią grawitacji planety.

Więcej nie spotkałem chomika, a Narzędzie działa do dziś! Od tego czasu ogłaszam się na Gumtree jako  „ZŁOTA RĄCZKA”.  Choć ona nie jest złota. Raczej metaliczna i zmiennokształtna. Czasem nie odróżniam, czy to jeszcze frez, czy już wkrętarka…

Czy po prostu moja dłoń, gładząca brzuszek Ukochanej, gdy pomyslę „koniec”…..

Na Okręg trafić łatwo i niełatwo.

Łatwo, bo z 4 tego piętra ostatniego bloku na osiedlu widać już dwie pogierkowskie wille. Bogate, piętrowe, murowane, drewniane okna. Nawet ocieplane. Na Okręgu domy ociepla się trzciną. Mur okłada się snopkami trzciny, na to folia od inspektów, i gustowną kratownicę z drewnianych listew przybija się gwoździami do ściany. Na willach ocieplenie porządne, folia prawie nie trzepocze na wietrze.

Niełatwo, bo na Okręgu nikt nie ma adresu, a wielu nie posiada tu nawet nazwisk. Oficjalne: PGR Osada. Miejscowi oczywiście wiedzą że Okręg to Okręg i wszystko jasne. Wystarczy za blokami jechać dalej gomółkowską asfaltówką, później zaraz za kępą zeszłorocznych trzcin skręcić w lewo, w szarą, zakurzoną szutrówkę i dalej prosto, aż do sklepu. Sklep porządny, murowany, z cegły z PGRowskiego płotu. Murowany tak do 1,7m wysoko, bo na Okręgu rusztowania nie ma z czego postawić. Więc jak stali, tak wymurowali. Wyżej drewniany, chociaż drzwi porządne, nawet z szybą na której ktoś nakleił wycięty odręcznie z niebieskiej folii napis SKLEP. Szutrówka idzie dalej prosto, aż do samych ruin PGR -u. A Okręg jak to Okręg, wokół niego zakręca.

W PGR zwyczajowo nikt nie mieszka. Do na wpół rozebranych poniemieckich spichlerzy i muru sięgającego dziś najwyżej kostek przyjeżdża się po cegłę. Więźba dachowa już lata temu poszła na opał. Gomółkowskich pustaków z chlewni nikt nie chce, bo kruszą się w rękach. Prościej z butelek plastikowych maźniętych gliną ścianę domu postawić. I cieplej, i dłużej wytrzyma.

Jeszcze za Gierka Pgrowscy mieszkali w blokach, ale gdyby powiał wiatr historii i PGR zlikwidowano, część pgrowiaków wyjechała za lepszym życiem, a cześć jednak została. A cóż robić w chacie bez pracy? Gdy skończyły się pieniądze z MOPSu na chlanie, zajęli się robieniem dzieci. I tak po jednym pokoleniu ciśnienie demograficzne wymusiło powstanie Okręgu. Ni to dzikiego osiedla domków jednorodzinnych, ni to polskiego slamsu.

Pierwszy na Okręgu pobudował się Prezes, ten ocieplony. Obok jego szwagier, tez na bogato, bo z pustaka. Reszta budowała w technologii odzyskowej, czyli z tego, co udało się załatwić, zdobyć lub ukraść. A że po upadku komuny co raz trudniej było coś ukraść, to tym biedniejsze budynki im dalej w Okrąg. Ostatni dom pośród czcin wymurowano z połamanych odpadków cegieł. Okno? W otwór w murze wstawiono nadłamaną szybę i wtyknowano w mur. Nie wieje. I jasno w środku

A że zimą zimno? Trzeba po prostu do piecyka – „kozy” dorzucić starych opon i butów, a do barłogu więcej szmat. Bo na Okręgu mało kto ma łóżko. Większość po prostu mości się w rogu pokoju na stosie szmat. I jakimiś szmatami się przykrywa. Ci szybsi i sprytniejsi potrafią skołować sobie jakiś materac ze śmietnika. Ale i tak trzeba go spalić. Pluskwy. Tylko babka Śmieszanka nachadrała skądyś lisci orzecha włoskiego i pluskwy jej nie lezą w materac, sprytna taka babinka na Okręgu. Ale dobra jest, poradzi, podzieli się radą. Wystarczy kubek cukru przynieść. Albo samogonu. Na Okręgu się nie handluje, tu się „pamienia”.

Na Okręgu mało kto pali. Czasem, jak kto kiepy po osiedlu pozbiera, dopali. Większość robi czaj – taką herbatę na petach. Jak masz dużo petów i nie przelejesz, też potrafi kopa dać! I syf w płuco nie leci. Po co palić?

Pali się za to sporo na fajerkach (bogaci)

I na kozie się pali, piecyku takim, co to go najlepiej na środku izby postawić. Na takiej kozie garnek postawisz, to i ciepło masz i zupę wieczną ugotujesz i zawsze ciepłą masz!

Gdy z Okręgu ktoś znika (bo stąd nikt się nie wyprowadza, bo i z czym?), po prostu się nie pojawia. Wtedy jego zabudowania są natychmiast utylizowane. Wszystko się przyda, jeśli nie do załatania dziury w ścianie lub dachu, to na wymianę, w najgorszym razie na opał.

Burżuje palą kradzionym drewnem. Opony tez dają nieźle ciepło, tak jak butelki PET wybieranie ze śmietników. Każdy normalny z Okręgu chodzi na butelki od wiosny i udeptuje je bez zakrętek pracowicie pod ścianami swojej chatki. Tak jak w Rosji w ściankę z bierwion. Od butelek jest też cieplej na ścianie. A i spalić można. Wystarczy trzciną przełożyć, a trzciny na Okręgu wystarczy.

Zwierząt na Okręgu praktycznie niema. Psów nikt nie trzyma, bo i nie mają czego pilnować, a przecież żrą! Podobno ktoś na obrzeżu Okręgu ma kota, żeby znosił mu szczury i myszy. Podobno jest to tu niezła wkładka mięsna na zupę na Okręgu.. Ale co te gryzonie jedzą? ..

Jest też jedyny wilczur na Okręgu. Stoi sobie bez uwięzi przy sklepie i na nikogo nie szczeka. Nie nauczony szczekać – kto ci tu co ukradnie?. Tu nikt nie kradnie, bo niema czego. Więc na nikogo nie szczeka. Wilczur Benek podobno ciągnie lekką dwukółkę zaparkowaną pod sklepem, raz na tydzień, gdy trzeba po dostawę jechać. W inne dni tak to sobie łazi. Żarcia nie dostaje, co u poluje w trzcinach, to jego!

Pod sklepem podobno kiedyś były panie z MOPSu. Podjechały i zawróciły. Nawet z punciaka nie wysiadły. Jurek do dziś ma w papierach „adres nieznany „. I dobrze. Nikt się po Okręgu nie peta. Straż pożarna niema czego gasić. A jeśli ktoś się zapije, albo zejdzie na zapalenie płuc, i tak nie ma ubezpieczenia, wiec po co komu pogotowie? Policja? I tak nikogo tutaj nie znajdzie. Na Okręgu niema adresów, do nazwisk nikt się nie przyznaje. Dokumenty każdy zagubił lub się spaliły. A nowych wyrobić nie ma na podstawie czego. I za co, oczywiście.

Bo i po co? Życie na Okręgu się toczy powoli.

Czy to był tylko mój sen, czy pewna wioska pod ukraińską granicą? Pojedziecie tam, 30km na wschód od Rapy (gdzie jest jedyna w Polsce piramida grobowa) to zobaczycie to sami!

prolog

Eony czasu temu byli istotami podobnymi wampirom. zywili się krwią i siłą witalną istot słabszych od siebie. I wolniejszych. Byli szybcy. Bardzo szybcy. A w razie zagrożenia potrafili jumpnąć – teleportować sie na odległość wzroku, lub w miejsce które widzieli. Plemię utrzymywało też coś w rodzaju wspólnej świadomości – to przy tropieniu i nagonce zwiekszało szansę na łup.

Problemem była nadmierna efektywność polowań. Gdy zasoby okolicy, kontynentu, a w końcu planety przestaly wystarczać, Łowcy musieli zacząć ewoluować…

prolog, dużo później

Po setkach tysięcy lat niewyobrazalnego głodu, przebudzil się. Jeszcze nie znał swojego imienia. Nie wiedział czy jest systemem komputerowym, żywą istotą, czy mistycznym demonem. Nie zastanawiał się nad tym, czuł się troche każdym z nich. I tym wlasnie był.
Spoglądał na swoją planetę z wysokości orbity geostacjonarnej i był głodny. Bardzo głodny. Połączył się ze swoim plemieniem na powierzchni. Było głodne. Zaledwie po dziesięcioleciu zrozumiał co powinien i może zrobić dla siebie i Plemienia…

Ziemia Swieta, trzecia krucjata

Byłem l’Rashid, syn l’Kabiego, wojownikiem w służbie l’Saladina, podczas oblężenia Jeruzalem. Do dziś nim pozostalem.
Scigalo mnie tylko czterech. Czterech spoconych wojowników, na pewno dobrych, jeśli tu przeżyli, ale szkolonych do walki w o wiele chlodniejszym słońcu.
Dwóch nawet nie wiedziało kto ich zabił. Trzeciego nie zaskoczył świst damascenskiej szabli. Potrafił pewnie wspaniałe walczyć, ale nikt go nie nauczył, jak się poruszać, by stopy nie grzezly w pustynnym piasku. Mnie nauczył mistrz l’Faruk.
Czwartym był dowódca patrolu. Jedyną skuteczną bronią na nasze szable był sławny lamacz mieczy mistrza Wincenta z Wenecji. Miecz na końcu rozkuty w literę T, Moja damascenska stal w końcu pękła pod jego brutalną siłą, ale na śmierć gotowy jestem zawsze. Tak mnie wyszkolono. Ale śmierć nie nadeszła.

Czarna kula wielkości pomarańczy pojawila się nagle, nad ramieniem dowódcy. Dowódca był równie zdziwiony jak ja. Po mrugnieciu oka kulę trzymał już w dłoni dziwny wojownik. Pojawił się z nikad, wyglądał jakby zawsze trzymał w wyciagnietej dłoni swoją kulę.

Nie zrobił żadnego gestu, nie mrugnal nawet czymś co mogło byc okiem. Poczułem jakby odplywaly ze mnie wszystkie siły życiowe, chęć do życia, wszelką energia i werwa.. Błękitny wir który wciągnął całą naszą trójkę był ostatnim co widziałem, nim powstalem jako a’gharyt.

Bronx, lata zerowe (2001)

Nazywam się Prozak. Tak mnie wołają na dzielni, i tak ma zostać. Co ci do tego jakie nazwisko? Flepy nie kalendarz, jeśli mnie psy złapią, jak będę miał prawko, to będą wiedziały jak mnie spisać.

Złośliwi na dzielni gadają, że moja ksywka jest z tego, że jak siedziałem z moja ciotka trzymając ja za rękę, to się nie darła. No wiem, rak trzustki podobno nieźle napierdala przed śmiercią. Ale żeby zaraz moja lapa na to pomagała? Rasta wie. No zostałem Prozakiem i git.

Dobra, później nauczyłem się szybko, żeby nie odgadnąć właściwej karty albo jednego z trzech kubków z kulką. Bolało. Ale to tak się strasznie jasno świeciło nad ich głowami. Wiedziałem żeby z nimi nie pogrywac, chociaż jak na dzielni nie zdobędziesz ksywki za młodu, z charakteru, to na zawsze zostaniesz Januszem, kimś kogo zawsze wołają Jonathan, John, albo inny frajer, zamiast Prozak.

Ostatnio słyszę głód. Jak można słyszeć głód. No ja słyszę. Cos jest głodne i rząda mojej pomocy. Cos chce, żebym mu dał wszystkie umysły świata. Walą mnie umysły świata, ale jak to ma wysysac ludziom wszytko co maja w głowie, to ja dzięki, moja głowa i spierdalajcie! Szukajcie innego frajera!

Dziś Głód powiedział, że chce tylko wszystkie złe umysły z Ziemi. Potrafi kusić, bydlak, ale ja wiem ze się nie skończy tylko na wycięciu wszystkich skurwieli na glebie. Zezre wszystkich. Czy tylko ja go słyszę, czy tylko ze mną chce handlować? Kim jest? Demonem, superkomputerem, daunem-debilem, co sobie jaja robi?

Nie słyszę żeby ktoś jeszcze miał z kolesiem kontakt, spróbuję go rozkminic, muszę coś ugrać na frajerze!

 Polska, gdzieś w Bieszczadach, kilka lat później

Trzeci rok wojny z Kulami. Arkadiusz Zawisza. Dowódca trzeciego oddziału wschodniego. Tak mam na plakietce. Mój Ojciec się kulom nie kłanial na marszach niepodległości, ja walczę za Wolną Ziemię! Może mojemu dziadkowi dawał przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy. Ale nam pokazał to Prozak. Mały czternastoletni Murzynek z Bronxu, dziarski kurdupel chcal uczyć Polaków nienawiści? My mamy ja we krwi! Potrafimy nienawidzić nie tylko człowieka, ale nawet kawałka szmaty albo skały.

Wiec nienawidzimy jak tylko Polak potrafi. Wybieramy jakąś skałę, a dokładniej jakieś miejsce ze dwa metry w głąb, w skale. Wtedy przylatuje kula. Znaczy materializuje się nieco obok miejsca największego skoncentrowana emocji, czyli po prostu w skale. Wpadają jak osy w powiodła, zabiorę zapachem emocji i nie potrafią już odlecieć. Niech sobie siedzą w skale, kiedyś się wymyśli jak się ich pozbyć. Próbowaliśmy je zwabiac na miłość do ojczyzny

CDN

 

 

Copyright pomysłu i realizacji – Krzysztof Kraśnik

 

to do story:

idea – kule jauntują i pojawiają się tam, gdzie jest żer. żrą siły psychiczne (do jauntingu i prekognicji) i fizyczne (zasilanie). Plemię żeruje – transmisja z Kul. A’gharydzi opanowują Ziemię, za pomocą Kul i prekognicji – nowa cecha ewolucja Plemienia.

Obrona hakrska:

Spijanizować kamery – by jauntowały w skały, przynety psychiczne, a’la dudniki z Diuny

spijanizować Najwyższego, by wyssał siebie jako najsilniejszego we wszechswiecie. Tylko jak mu to uswiadomic? :D…

 

No wiem że to trochę w stylu „GHOST”, ale… :_)

CDN !…

Kiedy przybyli PAO

Brak komentarzy

Nazwaliśmy ich PAO, tak jak nazywał się ten stworek z kobiecej gry na smartfona.

Nie wiadomo skąd przybyli. Właściwie to nie przybyli, raczej przybyła tylko informacja, że chcą być na Ziemi. Nie poruszali się żadnymi rakietami, kometami czy teleportami. Byli czystą informacją o lokalnej organizacji materii w czasoprzestrzeni. Słowem, materializowali się tam i wtedy gdzie chcieli, z lokalnej materii, każdy inaczej. A że informacja jest niezależna od czasu i miejsca, po prostu byli. Ich asymilacyjna ciekawość rzeczywistości zogniskowała ich w Polsce. Gdzieś w środku, w Pabianicach.

Do dziś nie wiemy jak się rozmnażali. Na pewno nie posiadali żadnego kodu genetycznego, dziedziczenia fizycznego. Ich kodem była dziedziczna informacja o potencjale zaistnienia, forma zasady, w jakiej kolejności mają się połączyć ze sobą atomy, by stworzyć fizyczną postać. Dla tego choćby nie używali drzwi, zwyczajnie przez nie przesiąkali, bo miejsca pomiędzy atomami jest 100 razy więcej niż one same zajmują – po prostu mijały się atomy drzwi i PAO. PAO spodni nie zakładali – wsiąkali w nie i wypełniali, na takiej samej zasadzie – przestawiali parę miliardów atomów i miejsc pomiędzy nimi..

Ale nie wszyscy PAO nosili spodnie. Każdy z nich był fizycznie inny. Organizowali się z lokalnej materii i na wzór jej lokalnego zorganizowania.

Najfajniejszy był Mixerr – jego jadro zaistnienia zainicjowało się w pobliżu miksera Zelmera. Na początku był niezdarny, metalowy, bardzo techniczny i trochę niegramotny, ale gdy zaczął wchłaniać inne technologiczne podzespoły, stał się szybki i zwinny. I jeszcze bardziej techniczny. Nie pamiętam juz skąd skombinował gąsienice i manipulator, taki jak w marsjańskiej sondzie. Mixerr się nie odżywiał, on rozpuszczał w niebycie np. telefon komórkowy i materializował jego ideę na własnym pancerzu, w formie modułu GSM z ekranem dotykowym. Jako jedyny PAO nauczył się z nami w ten sposób porozumiewać.

Inne PAO nie mówiły. Nie posługiwały się telepatią czy innymi parapsychologiami, ale potrafiły przekazywać nastroje i potrzeby. Nie znałem wielu PAO, ale Jorikk, który postanowił zaistnieć w poblizu mojego psa Tofika w typie Yorka i zaistniał w formie owłosionego pigmejowatego australopiteka, potrafił to doskonale. Tylko gdy postanowił zaasymilować tubkę samoopalacza Ziaji, stał się trochę bardziej brązowy.. Gdy jeszcze bydlak zaasymilował kilka gupików i dwa danio z naszego akwarium, zaczął uwielbiać wspólne nurkowanie pieskiem w basenie pobliskiego Wodnego Raju.. Uwielbiał też łazic po drzewach, gdy zaginął kot sąsiadki.

Mój własny PAO nie był najmilszy. Przebudziłem się rano – no tak, nogi spuchnięte, ale przecież biorę te leki na nadciśnienie! Coś wolno pełza pod skórą kończyny prawej. Nagle pojawia się wrzodowaty otwór, a w nim różowiótki dziecięcy palec. Nieco zakrzywiony. Szponowaty taki. Ciągnę za niego, pół nogi się otwiera, wychodzi mała główka i kilka piszczelowatych różowiutkich odnóży. Był jakiś błoniasty i kanciasty, trochę jak Obcy skrzyżowany z pająkiem kosarzem. Ale lubiłem go, bo był mój, moze nie z żebra, ale z piszczeli – też się liczy :) Przesiadywał w kuchni, najbardziej lubił asymilować słabo wysmazone steki i bitki. Nie potrafił sobie tylko poradzić z fuzją trzech kolorów, w tym tego swojego noworodkowego różu, z bitkami.

Któregoś dnia wszystkie PAO odeszły. Chociaz nie deszły, odeszła tylko informacja o ich organizacji molekularnej. Z każdego PAO pozostała kupka szarego proszku, atomów i molekuł pozbawionych organizacji i informacji, osieroconych przez ich mieszkańców…

THE END ?

PS: lekarz powiedział, że nie powinienem zmieniać leków :D Tak, wiem, oglądam Transformers, BenTena i Obcego. Ale mi się to na prawdę sniło :)


  • RSS
  • Facebook
  • Nasza Klasa