Sciemniacz !!

Blog polityczno - społeczno - oniryczny

Wpisy z tagiem: dziecko

Dziś mam ponad pół życia za sobą, i zostało mi najwyżej pięć następnych, nie więcej. Moja fizjologia więcej nie wytrzyma. I dziadek, i Ojciec zmarli w wieku 67lat. Ale to była przedwojenna produkcja ;-)

Więc patrzę sobie wstecz, cóż to ja zrobiłem dla świata i ludzi przez te prawie pól wieku?

30 lat temu posadziłem sadzonkę kasztana. Na opuszczonym cmentarzu przy trasie na podpoznański Karolin. Siałem tam marihuanę, to i kasztana posadziłem. Dziś Kasztan ma w pasie ponad 40cm, wyrósł chłop. I nikt go nie wyciął. Komuś zapomnianemu nad grobem pełga wiosenną zielenią. A kasztany zrzuca jesienią.

25 lat temu sprzedałem wypasionego Malucha, podkręcone CB-radio z 40-tkami i dopałą 200W, kupiłem sobie Kwadrat. NIewiele, dwa pokoje, balkon na południe i tyle. Na budowę domu się nie szarpnąłem, może i dobrze, bo za 3 lata, z dochodów z giełdy komputerowej kupiliśmy z Dodziakiem drugie mieszkanie w Pabianicach. Żaden kredyt, wszystko gotówka. Podziwiam tych, którzy się uwiązują na 30 lat do jakiejś betonowej klatki…

Gdy znalazłem Towarzyszkę Życiową która urodziła nam dziecko, byłem już po czterdziestce. I byłem wniebowzięty!!! Dziecię chowało się pięknie, nie chorowało, „a cóż że ze Szwecji”, czyli córka, nie syn. Tak samo się kocha. Dziś mogę ją kochać tylko na odległość, bo Była Toważyszka Życiowa pewnego lipcowego dnia odeszła z przyczyn ekonomicznych, gdy już nie byłem w stanie zaspokajać jej zachcianek i spłacać jej kredytów, napisała na pożegnanie SMS: „nikt mi nie będzie mówił, co mam sobie kupić!”.

Najbardziej dziecka mi żal. TŻ napisała, że będzie córkę wspierała. Nie wiem jak wspierać dziecko potrafi łódzka szwaczka, a jak poznański informatyk. Bo o tą różnicę dokładnie chodzi. Żal mi po prostu, że moja córka nie będzie chodziła do żłobka i przedszkola Montessori, nie nauczy się w domu angielskiego, nie pójdzie na kółko teatralne… Żal mi dziecka, że skończy w jakiejś zawodówce fundowanej przez Korporację, zamiast iść na studia i korzystać z Erasmusa, jak moja siostrzenica, Dilan. Pół-turczynka, topowa informatyczka w gimnazjum, po 19-tce po trzech stażach i już z propozycjami pracy w Lądku (UK).

Nie wiem czy tego wszystkiego chciałem, czy samo się potoczyło. Bóg i partia mi świadkiem, że robiłem wszystko, by wyszło jak najlepiej.
Raz, stosując zasadę „ustąp aby zwyciężyć”, a raz „walcz o swoje”. Nie szedłem po trupach – jestem buddystą, cenię każdą myśl, nawet złą.

Dla wytrawnych czytelników blogów nie będzie niczym dziwnym, że największym wsparciem mentalnym, duchowym, życiowym, bezinteresowną poradą okazała się dla mnie Była Małżonka.

Nie wiem co po mnie zostanie, po prostu chciał by jak najlepiej dla dziecka.
Tylko jak mam to zrobić???

Trzy miliony oszukanych dzieci… Cóż, tak się kończą populistyczne obietnice wyborcze. 500zł na KAŻDE dziecko? Zawsze mówiliśmy że na „każde DRUGIE” :) A w 2017 roku okaże się, że mówiliśmy: „Na każde drugie, ale tylko w pierwszym roku, później na KAŻDE SIÓDME!” :-/

Zacznijmy od tego, że jest wiele par, a nawet singli, którzy nie decydują się na dzieci nie głównie ze względów ekonomicznych, ale SPOŁECZNYCH – a to nie mają po prostu babci, która się dzieckiem zajmie, gdy pracują wg. grafiku, na żłobek nie mają szans ani formalnie ani finansowo, tak samo nie mają szans na powrót do pracy po urlopie macierzyńskim i wychowawczym (przez dwa lata w każdej firmie zmienia się WSZYSTKO, „a pani szkoleń nie odbywała”…) – degradacja zawodowa to wariant optymistyczny, „likwidacja stanowiska pracy” to norma.

Jeśli program 500+ miał by stymulować dzietność, to IMHO powinien motywować w ogóle do posiadania dzieci – czyli na PIERWSZE dziecko powinna być przeznaczona WIĘKSZA kwota niż na dzieci kolejne! Na pierwsze dziecko konieczne jest zawsze więcej inwestycji – a to wózek, ubrania, zabawki, wyposażenie pokoju. Drugie dziecko korzysta już z zasobów po starszym, wymaga mniejszych inwestycji!

Oczywiście nie powinno być to „rozdawanie gotówki”, bo taka forma pomocy stymuluje wyłącznie żulenproletariat do produkowania taniej siły roboczej, a uzyskanych środków przeznaczenie na cele konsumpcyjne – konsumpcję pod monopolowym. NIE stymuluje do czegokolwiek odpowiedzialnych rodziców chcących mieć tylko jedno dziecko, ale za to zdrowo odżywiane (a nie parówkami z Biedaronki), ładnie ubrane (kupujemy w lumpeksie i wyrzucamy ubrania gdy są brudne), dobrze wykształcone.

Program „żłobek i przedszkole dla każdego dziecka”, subsydiowanie tych przyzakładowych (także w korporacjach!), szczepionki na menindokoki i inne „gżdyle” bez opłat (obecnie, ponad TYSIĄC zł komplet!) opiekunki społeczne jako „pogotowie dziecięce”, gdy musisz wyjść do Urzędu? Tak, to przerasta możliwości Państwa Polskiego. W United Kingdom jest to STANDARDEM!

Warto się zastanowić kogo miał by ów program stymulować?

Pracującą parę, po 40-tce, których jedynak kończy właśnie gimnazjum, ona jest zastępcą kierowniczki w Banku, on głównym inżynierem w dziale mechanicznym. Do łącznej kwoty ich zarobków 500zł to dodatek rzędu 7%. Więcej wydadzą na opiekunkę do dziecka. Bo przecież Ona w domu nie zostanie.

A może rodzinę na Swoim? Na jednym pokoju z 1,5 rocznym dzieckiem mieszkaniu u rodziców? 60-letnia Babcia(jeśli ma wcześniejszą emeryturę), da radę uchować dwójkę rozbrykańców, jeśli dała radę jednemu.. a rodzice pracują w Lidlu wg. grafiku, tj. świątek-piątek na godziny z kosmosu. Dzieci będą rozpoznawać rodziców na zdjęciach…

A może Samotną singielkę po 30-tce, która poczuła, że jej zegar biologiczny tyka, oj tyka.. Też jest jakąś asystentką Prezesa, na pierwsze dziecko nie dostanie ni grosza, a z obowiązków i kariery nie zamierza rezygnować.

A może samotną matkę, z pięcioletnią córeczką, z alimentami których „były” nie płaci, a która usiłuje związać koniec z końcem pracując na wariackie zmiany na kasie w Biedrobce i wyciągając 1650zł miesięcznie? Nie, jej się na pierwsze dziecko też nie należy. Musiała by zgarnąć jakiegoś bezrobotnego trutnia z ulicy i zafundować sobie potrójne obciążenie – jego i dwójkę dzieci, w tym jedno uniemożliwiające pracę. Wszystko to, przypomnę, za 500zł.

A może chronicznie bezrobotnego, byłego pracownika PGR-u, z czwórką dzieciaków (karmionych ziemniakami z cukrem i jajkami)? Takiemu który ma po rodzicach 10 hektarów i bierze na nie po tysiąc złociszy od hektara? To i na piąte dziecko weźmie, 2,5 tysiąca? Na wino pod GS-em styknie. O, tak, zastymuluje do dzietności! Jego dzieci też będą bezrobotne (przecież ich nie wykształci?), będą pobierały zasiłki, a na jesień życia dostaną rentę rolniczą z KRUS. Wychodzi na to, że jedynym ich wkładem społecznym będzie plemnik ojca ;-/

TAK, już wiem kogo ma stymulować do dzietności Dobra Zmiana.

W czasach kiedy odzyskaliśmy niepodległość, a raczej uwolniliśmy się od komunizmu, Jaruzela i przewodniej roli PZPR, powstawały ruchy społeczne, oddolne inicjatywy. Takie jak Solidarność, czy WOŚP (Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy).

Setki tysięcy ludzi, bezinteresownie angażowało się w to, by zrobić coś dobrego dla innych. To bardzo łączyło, dawało poczucie wspólnoty, współodpowiedzialności za miejsce w którym żyjemy – nasz kraj. Dawało radość z pomagania, dawało to pozytywne poczucie, że gdy moje dziecko zachoruje, albo dziecko sąsiada – każde będzie miało szanse przeżycia – dzięki sprzętowi z fundacji Owsiaka!

Dla innych była to argumentacja czystą kalkulacją:  retencja w WOŚP = 96%, retencja w Caritas = 9%, retencja fundacji Elbanowskich (tych od sześciolatków) = 1%.. Wskaźnik retencji – stosunek poniesionych kosztów do inwestycji. Słowem – ile zarobili, a ile dali nam. Proporcja taka.

Owsiakowi dam – ale zapłacę kartą (na Alledrogo też wystawiam aukcje charytatywne). Cenię dzieciaki biegające z puszkami, ale widziałem pseudohipsterki płacące sobie za pizzę z rozerwanej puszki… Wolę gdy mój dar serca dotrze tam gdzie powinien.

A, no jest jeszcze Szlachetna Paczka. Fundacja zbiera kasę porównywalną z WOŚP. Ale PACZKA, to dobro konsumpcyjne. Szynkę z puszki zeżresz i już, rano zrobisz kupę. Było. Spłukane. A raz kupiony sprzęt medyczny posłuży przez 20 lat, kilku tysiącom dzieci! Praktycznie służy już POKOLENIOM! Tego dzieci nie zjedzą – to służy wszystkim polskim dzieciom, bez względu na sort. Za ten pomysł Owsiak powinien dostać pokojową nagrodę Nobla! Za miłość, za pracę dla wszystkich nas! Za szansę życia dla mojej siedmiomiesięcznej córeczki!

Nie wiem na co przeznacza pieniądze Caritas. Może dożywia emerytów. Może kupuje maybachy dla księży. Mnie obchodzi to, że gdy idę z dzieckiem do szpitala, widzę sprzęt medyczny od Owsiaka, a nie z Caritasu.

Najcenniejsza jest pomoc bezpośrednia – pieniądze zbyt łatwo się „rozmieniają”.. Kiedyś poszedłem do proboszcza, przedstawiłem się, powiedziałem co potrafię i zapytałem czy mogę coś zrobić dla parafii, „temi rencami” i głową. Po chwili bełkotu prawie podstawił mi pod nos skarbonkę. Więcej minie nie zobaczył, a na imprezach kościelnych wrzucam faksymile :) W końcu to Królestwo nie z tego świata pochodzi :)

Taki żart rysunkowy widziałem – ksiądz też pomaga chorym – rozdaje święte obrazki :D

Ja jakoś staram się łączyć serce z rozumem. Chcę pomagać! Czuję się współodpowiedzialny. Wszystkie dzieci nasze są, te sprawy. Ale chcę pomagać efektywnie – czy lepiej dać komuś stówę na jedzenie, czy lepiej dać mu pracę? Stówę przepije, a gdy zapracuje, wyda rozsądnie.

Jak dla mnie, Jurek Owsiak wydaje najrozsądniej. I robi to z Sercem. Wielkim Sercem Świątecznej Pomocy!

I niech tak kręci, do końca świata i jeden dzień dłużej! Szczęść mu Boże ;-)

Jak obchodziliśmy 24. finał WOŚP w Poznaniu (ref-link)

Poradnik pomagania WOSP dla leniuszków (link zewnętrzny – blog Samcika)

Jako praktykujący ateista chętnie przyjmuję księdza po kolędzie. Ot, lubię rozmawiać z ludźmi każdego zawodu. To poszerza horyzonty.

Pan Ksiądz wszedłwszy na pokoje po zdjęciu obuwia (wie pan, małe dziecko pełza, dbamy o czystość!), spostrzega Dziecię i w te słowa uderza:

– o, jakie ładne dziecko, a czy już ochszczone?
— Oczywiście, nawet obrzezane na wszelki wypadek – odpowiadam :)
Pan ksiądz jest w miarę dzisiejszy, więc się uśmiechnął z żartu, zamiast zabuldoczyć.
– a czy dzieciątko należy do naszej parafii?
— e, a nie za młode jeszcze, żeby zapisać je do Partii? – odpowiadam z kamienną twarzą :)

 

Siedzimy sobie z Michalinką i słuchamy Pidżamy :)

Znaczy, ja siedzę przed laptokiem, trzymam trzytygodniową Michalinkę na lewej ręce (niech się w końcu odbeknie!), a prawą usiłuję odpisywać na maile i pisać bloga.. Sówka (moja ukochana Towarzyszka Życiowa) poszła do dentysty reperować uzębienie.. Siedzimy więc sobie, muzyki słuchamy, blogujemy..

I tak się refleksjuję, wzruszam się, tak za Grabażem powtarzam ze czasem wystarczy splunąć na szczęście, a szczęście łapie Cię za nogi i nie puszcza.. Czasem się boję, że za dużo tych szczęść i przychylności w życiu już wykorzystałem. Czasem bardzo mi żal tych ptasich szczęść łapiących za nogi…

I tak sobie siedzimy z Michalinką, Pidżamy słuchamy. Blogujemy. Miśce się chyba najbardziej podoba „Bal u Senatora” :) Rytm jej się podoba. Może ma zadatki na Mikę Jagerkę :) A może to tylko autosugestia, w końcu to jeden z pierwszych kawałków Pidżamy, przy którym w latach licealnych pogowałem na koncertach w ODK Słońce na poznańskim osiedlu Przyjaźni w latach 90-tych..

Pieluchę czas zmienić…

„zbrodnia i kara, grzech, litr wina i tak historia ta się zaczyna”…

..a później tylko cichutko gra mi w głowie „moralne salto”.. Pit.

Zaczęło się jakoś tak zwyczajnie, koło piątej nad ranem. Jest to godzina, w której zdarza mi się zasypiać.

Co prawda Sówka od tygodnia mi mędziła, abym zadzwonił do któregoś z kuzynów medycznych i poprosił żeby wreszcie przyjęli ją na porodówkę, bo już na brzuch nie wyrabia i kulga się jak miś Kuleczka… A dziś, nad ranem, jakoś tak bardziej pobolewało. Powiedziałem, ee, może przejdzie.. Ale nie przeszło :) Nasiliło się ino, trza się było zwlec z wyrka, dzwonić po taxę i fruu na Raszeję!

Wszyscy wiedzą, że w Poznaniu są dwie porodówki – na Polnej i na Lutyckiej. Lutycka to taki trochę kombinat (miałem tam wykłady), Polna jest przygotowana zaś na patologie rozwojowe i okołoporodowe. Ale jeśli ciąża przebiega prawidłowo i monitorowana jest przez dobrego ginekologa, warto rodzić w Raszeji :) Znaczy, w szpit. im. Raszei. Patron taki, przed którym chylę czoła – see Wikipedia.

Czerwiec, jakaś szósta trzydzieści, dyżurna położna rozpoznaje jakąś „fazę pierwszą” i daje z osiem druczków do wydługopisowania. Fajnie. Dobrze że wody nie odeszły przy piątym druczku, bo by pani przyjmująca miała sprzątanie. A może wydzieliła by tylko mopa? Dobra, i tak była miła, szpital nie wziął grosza za asystę ojca przy porodzie (zapłaciłem 15zł za pranie lompów w które się musiałem przebrać – w końcu nie wiadomo co kto z ulicy przyniesie, a to  porodówka.. Kwitek z „fiskacza” był z przed dwóch dni i przedarty, ale niech będzie pani na zdrowie :)

 

CDN


  • RSS
  • Facebook
  • Nasza Klasa