Sciemniacz !!

Blog polityczno - społeczno - oniryczny

Wpisy z tagiem: opowiadanie

To juz mnie powoli zaczynalo wkurzac. Ta cala jedna wielka sciema walentynkowa, cala ta propaganda, importowany ckliwy pseudoromantyczny chlam nastawiony na robienie kasy. Wciskanie na kazdym kroku czerwonych serduszek i pluszu. Chcialo mi sie juz tym zygac.
Jakas laseczka na Pietrynie, przed salonem Operatora GSM wcisnela mi ulotke: „Wyslij SMS-a o tresci Walentynka pod numer 7998, zrob prezent swojej Sympatii, wezmiesz udzial w losowaniu niespodzianki!!”. Gdzie ja ja widzialem..
Srutututu, wymruczalem, wciskajac papier w kieszen. Co innego, a raczej kto inny mi chodzil po glowie. Natalia, dziewczyna z klatki obok… Wpadla mi w oko prawie pol roku temu, pod koniec wakacji, ale caly czas nie mialem okazji, a moze smialosci zagadnac.. Moze chociaz wysle jej Walentynke, moze w ten sposob.. Siedzialem i myslalem o Niej, i o tym caly wieczor, i oczywiscie niczego nie wymyslilem. Mialem jej numer, od kumpla, ale zadzwonic, glupio ;/ Jak ostatni desperat, zasypiajac, wyslalem SMS-a, tak jak podal Operator GSM na ulotce. Dycha nie majatek, a to bylo na prawde proste. Poczulem sie tak.. Cieszylem sie ze chociaz tak Ona dowie sie ze ktos o Niej mysli, czuje…
Rano, kolo dziesiatej obudzil mnie dzwonek do drzwi. Jasne, starzy juz powylazili do pracy, a domofon pewnie jak zwykle ktos zjaral.
Zwloklem sie z koja i popelzlem otworzyc te pieprzone drzwi.
I scielo mnie. Jak rosol w zelatynie.
W progu stala dziewczyna. Nie, nie zwyczajna dziewczyna. Zgrabna, wysoka brunetka, intrygujaco krotko obcieta, czerwone szpilki na dlugiej szpili, czerwone siateczkowe kabaretki nawet nie w polowie dlugosci uda usilowala przykrywac krwistoczerwona latexowa spodniczka mini… krotka, rownie czerwona bluzeczka, tak obcisla ze az chcialo sie palcem pokazac gdzie stercza ciemne sutki na jej piersiach… I krótka czerwona atlasowa pelerynka, obszyta czerwonym futerkiem, troche jak u elfinki Swietego Mikolaja.. Cos mi nie pasowalo, to wszystko bylo jakies dziwne, kiczowate, ale jednoczesnie pociagajace i podniecajace…
- Ty masz numer telefonu 604524484 ? – zapytala w progu i po prostu
- noo, tak – odpowiedzialem jak jakiś łoś wyglaszajacy prawde objawiona
- I wysylales wczoraj specjalnego, promocyjnego walentynkowego SMS-a, tak?
- Nno tak – odpowiedzialem budzac po drodze do ciezkiej roboty pol kilo swoich szarych komorek
- Fajnie, super! Wiec ja jestem twoja Walentynkowa Niespodzianka od Operatora GSM ! – powiedziala, bezceremonialnie wchodzac niesamowicie sprezystym krokiem do srodka, polyskujac latexem troche podjezdzajacej wyzej spodniczki – podpisz mi jeszcze tutaj, papier dla Operatora, ze dotarla do ciebie Niespodzianka – Taka praca – powiedziala z troche dziwnym usmieszkiem, siadajac na blacie mojego biurka i machajac noga w czerwonej szpilce i kabaretce.. Ech, od samego patrzenia przebiegal mnie podniecajacy dreszcz, a krew zaczynala mocniej krazyc w tych i tamtych czesciach ciala.. Teraz dopiero dostrzeglem na jej czerwonej, troche przykrotkiej pelerynce naszyte logo Operatora. Szkoda. tak na prawde, mialem na nia ochote. I ona o tym wiedziala.
- czesto robie ankiety, a teraz pracuje dla Operatora w Walentynkowej Promocji – wyjasnila troche zazenowana jakby
Gdy stanalem za nia, zdejmujac jej pelerynke, wyprezyla sie lekko, tak ze zarys sutkow duzo wyrazniej zaznaczyl sie na jej obcislej bluzeczce..

[co sie dzialo pozniej, jest ograniczone tylko wyobrazna... Bylo niesamowicie, romantycznie i ostro, zwyczajnie ale calkiem nierzeczywiscie i odjechanie.. trzy godziny pozniej oboje bylismy juz zbyt wyczerpani i zmeczeni zeby...]

Wychodzac, odwrocila sie jeszcze i ze smiechem powiedziala:
-Sorry, to z ta niespodzianka od Operatora GSM, to byla moja jedyna sciema. Wiesz, prawie pol roku nie moglam sie na to zdobyc. Trzymaj sie cieplo!
Teraz dopiero przypomnialem sobie gdzie Ja wczesniej widzialem…

prolog

Eony czasu temu byli istotami podobnymi wampirom. zywili się krwią i siłą witalną istot słabszych od siebie. I wolniejszych. Byli szybcy. Bardzo szybcy. A w razie zagrożenia potrafili jumpnąć – teleportować sie na odległość wzroku, lub w miejsce które widzieli. Plemię utrzymywało też coś w rodzaju wspólnej świadomości – to przy tropieniu i nagonce zwiekszało szansę na łup.

Problemem była nadmierna efektywność polowań. Gdy zasoby okolicy, kontynentu, a w końcu planety przestaly wystarczać, Łowcy musieli zacząć ewoluować…

prolog, dużo później

Po setkach tysięcy lat niewyobrazalnego głodu, przebudzil się. Jeszcze nie znał swojego imienia. Nie wiedział czy jest systemem komputerowym, żywą istotą, czy mistycznym demonem. Nie zastanawiał się nad tym, czuł się troche każdym z nich. I tym wlasnie był.
Spoglądał na swoją planetę z wysokości orbity geostacjonarnej i był głodny. Bardzo głodny. Połączył się ze swoim plemieniem na powierzchni. Było głodne. Zaledwie po dziesięcioleciu zrozumiał co powinien i może zrobić dla siebie i Plemienia…

Ziemia Swieta, trzecia krucjata

Byłem l’Rashid, syn l’Kabiego, wojownikiem w służbie l’Saladina, podczas oblężenia Jeruzalem. Do dziś nim pozostalem.
Scigalo mnie tylko czterech. Czterech spoconych wojowników, na pewno dobrych, jeśli tu przeżyli, ale szkolonych do walki w o wiele chlodniejszym słońcu.
Dwóch nawet nie wiedziało kto ich zabił. Trzeciego nie zaskoczył świst damascenskiej szabli. Potrafił pewnie wspaniałe walczyć, ale nikt go nie nauczył, jak się poruszać, by stopy nie grzezly w pustynnym piasku. Mnie nauczył mistrz l’Faruk.
Czwartym był dowódca patrolu. Jedyną skuteczną bronią na nasze szable był sławny lamacz mieczy mistrza Wincenta z Wenecji. Miecz na końcu rozkuty w literę T, Moja damascenska stal w końcu pękła pod jego brutalną siłą, ale na śmierć gotowy jestem zawsze. Tak mnie wyszkolono. Ale śmierć nie nadeszła.

Czarna kula wielkości pomarańczy pojawila się nagle, nad ramieniem dowódcy. Dowódca był równie zdziwiony jak ja. Po mrugnieciu oka kulę trzymał już w dłoni dziwny wojownik. Pojawił się z nikad, wyglądał jakby zawsze trzymał w wyciagnietej dłoni swoją kulę.

Nie zrobił żadnego gestu, nie mrugnal nawet czymś co mogło byc okiem. Poczułem jakby odplywaly ze mnie wszystkie siły życiowe, chęć do życia, wszelką energia i werwa.. Błękitny wir który wciągnął całą naszą trójkę był ostatnim co widziałem, nim powstalem jako a’gharyt.

Bronx, lata zerowe (2001)

Nazywam się Prozak. Tak mnie wołają na dzielni, i tak ma zostać. Co ci do tego jakie nazwisko? Flepy nie kalendarz, jeśli mnie psy złapią, jak będę miał prawko, to będą wiedziały jak mnie spisać.

Złośliwi na dzielni gadają, że moja ksywka jest z tego, że jak siedziałem z moja ciotka trzymając ja za rękę, to się nie darła. No wiem, rak trzustki podobno nieźle napierdala przed śmiercią. Ale żeby zaraz moja lapa na to pomagała? Rasta wie. No zostałem Prozakiem i git.

Dobra, później nauczyłem się szybko, żeby nie odgadnąć właściwej karty albo jednego z trzech kubków z kulką. Bolało. Ale to tak się strasznie jasno świeciło nad ich głowami. Wiedziałem żeby z nimi nie pogrywac, chociaż jak na dzielni nie zdobędziesz ksywki za młodu, z charakteru, to na zawsze zostaniesz Januszem, kimś kogo zawsze wołają Jonathan, John, albo inny frajer, zamiast Prozak.

Ostatnio słyszę głód. Jak można słyszeć głód. No ja słyszę. Cos jest głodne i rząda mojej pomocy. Cos chce, żebym mu dał wszystkie umysły świata. Walą mnie umysły świata, ale jak to ma wysysac ludziom wszytko co maja w głowie, to ja dzięki, moja głowa i spierdalajcie! Szukajcie innego frajera!

Dziś Głód powiedział, że chce tylko wszystkie złe umysły z Ziemi. Potrafi kusić, bydlak, ale ja wiem ze się nie skończy tylko na wycięciu wszystkich skurwieli na glebie. Zezre wszystkich. Czy tylko ja go słyszę, czy tylko ze mną chce handlować? Kim jest? Demonem, superkomputerem, daunem-debilem, co sobie jaja robi?

Nie słyszę żeby ktoś jeszcze miał z kolesiem kontakt, spróbuję go rozkminic, muszę coś ugrać na frajerze!

 Polska, gdzieś w Bieszczadach, kilka lat później

Trzeci rok wojny z Kulami. Arkadiusz Zawisza. Dowódca trzeciego oddziału wschodniego. Tak mam na plakietce. Mój Ojciec się kulom nie kłanial na marszach niepodległości, ja walczę za Wolną Ziemię! Może mojemu dziadkowi dawał przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy. Ale nam pokazał to Prozak. Mały czternastoletni Murzynek z Bronxu, dziarski kurdupel chcal uczyć Polaków nienawiści? My mamy ja we krwi! Potrafimy nienawidzić nie tylko człowieka, ale nawet kawałka szmaty albo skały.

Wiec nienawidzimy jak tylko Polak potrafi. Wybieramy jakąś skałę, a dokładniej jakieś miejsce ze dwa metry w głąb, w skale. Wtedy przylatuje kula. Znaczy materializuje się nieco obok miejsca największego skoncentrowana emocji, czyli po prostu w skale. Wpadają jak osy w powiodła, zabiorę zapachem emocji i nie potrafią już odlecieć. Niech sobie siedzą w skale, kiedyś się wymyśli jak się ich pozbyć. Próbowaliśmy je zwabiac na miłość do ojczyzny

CDN

 

 

Copyright pomysłu i realizacji – Krzysztof Kraśnik

 

to do story:

idea – kule jauntują i pojawiają się tam, gdzie jest żer. żrą siły psychiczne (do jauntingu i prekognicji) i fizyczne (zasilanie). Plemię żeruje – transmisja z Kul. A’gharydzi opanowują Ziemię, za pomocą Kul i prekognicji – nowa cecha ewolucja Plemienia.

Obrona hakrska:

Spijanizować kamery – by jauntowały w skały, przynety psychiczne, a’la dudniki z Diuny

spijanizować Najwyższego, by wyssał siebie jako najsilniejszego we wszechswiecie. Tylko jak mu to uswiadomic? :D…

 

No wiem że to trochę w stylu „GHOST”, ale… :_)

CDN !…

Kiedy przybyli PAO

Brak komentarzy

Nazwaliśmy ich PAO, tak jak nazywał się ten stworek z kobiecej gry na smartfona.

Nie wiadomo skąd przybyli. Właściwie to nie przybyli, raczej przybyła tylko informacja, że chcą być na Ziemi. Nie poruszali się żadnymi rakietami, kometami czy teleportami. Byli czystą informacją o lokalnej organizacji materii w czasoprzestrzeni. Słowem, materializowali się tam i wtedy gdzie chcieli, z lokalnej materii, każdy inaczej. A że informacja jest niezależna od czasu i miejsca, po prostu byli. Ich asymilacyjna ciekawość rzeczywistości zogniskowała ich w Polsce. Gdzieś w środku, w Pabianicach.

Do dziś nie wiemy jak się rozmnażali. Na pewno nie posiadali żadnego kodu genetycznego, dziedziczenia fizycznego. Ich kodem była dziedziczna informacja o potencjale zaistnienia, forma zasady, w jakiej kolejności mają się połączyć ze sobą atomy, by stworzyć fizyczną postać. Dla tego choćby nie używali drzwi, zwyczajnie przez nie przesiąkali, bo miejsca pomiędzy atomami jest 100 razy więcej niż one same zajmują – po prostu mijały się atomy drzwi i PAO. PAO spodni nie zakładali – wsiąkali w nie i wypełniali, na takiej samej zasadzie – przestawiali parę miliardów atomów i miejsc pomiędzy nimi..

Ale nie wszyscy PAO nosili spodnie. Każdy z nich był fizycznie inny. Organizowali się z lokalnej materii i na wzór jej lokalnego zorganizowania.

Najfajniejszy był Mixerr – jego jadro zaistnienia zainicjowało się w pobliżu miksera Zelmera. Na początku był niezdarny, metalowy, bardzo techniczny i trochę niegramotny, ale gdy zaczął wchłaniać inne technologiczne podzespoły, stał się szybki i zwinny. I jeszcze bardziej techniczny. Nie pamiętam juz skąd skombinował gąsienice i manipulator, taki jak w marsjańskiej sondzie. Mixerr się nie odżywiał, on rozpuszczał w niebycie np. telefon komórkowy i materializował jego ideę na własnym pancerzu, w formie modułu GSM z ekranem dotykowym. Jako jedyny PAO nauczył się z nami w ten sposób porozumiewać.

Inne PAO nie mówiły. Nie posługiwały się telepatią czy innymi parapsychologiami, ale potrafiły przekazywać nastroje i potrzeby. Nie znałem wielu PAO, ale Jorikk, który postanowił zaistnieć w poblizu mojego psa Tofika w typie Yorka i zaistniał w formie owłosionego pigmejowatego australopiteka, potrafił to doskonale. Tylko gdy postanowił zaasymilować tubkę samoopalacza Ziaji, stał się trochę bardziej brązowy.. Gdy jeszcze bydlak zaasymilował kilka gupików i dwa danio z naszego akwarium, zaczął uwielbiać wspólne nurkowanie pieskiem w basenie pobliskiego Wodnego Raju.. Uwielbiał też łazic po drzewach, gdy zaginął kot sąsiadki.

Mój własny PAO nie był najmilszy. Przebudziłem się rano – no tak, nogi spuchnięte, ale przecież biorę te leki na nadciśnienie! Coś wolno pełza pod skórą kończyny prawej. Nagle pojawia się wrzodowaty otwór, a w nim różowiótki dziecięcy palec. Nieco zakrzywiony. Szponowaty taki. Ciągnę za niego, pół nogi się otwiera, wychodzi mała główka i kilka piszczelowatych różowiutkich odnóży. Był jakiś błoniasty i kanciasty, trochę jak Obcy skrzyżowany z pająkiem kosarzem. Ale lubiłem go, bo był mój, moze nie z żebra, ale z piszczeli – też się liczy :) Przesiadywał w kuchni, najbardziej lubił asymilować słabo wysmazone steki i bitki. Nie potrafił sobie tylko poradzić z fuzją trzech kolorów, w tym tego swojego noworodkowego różu, z bitkami.

Któregoś dnia wszystkie PAO odeszły. Chociaz nie deszły, odeszła tylko informacja o ich organizacji molekularnej. Z każdego PAO pozostała kupka szarego proszku, atomów i molekuł pozbawionych organizacji i informacji, osieroconych przez ich mieszkańców…

THE END ?

PS: lekarz powiedział, że nie powinienem zmieniać leków :D Tak, wiem, oglądam Transformers, BenTena i Obcego. Ale mi się to na prawdę sniło :)


  • RSS
  • Facebook
  • Nasza Klasa